Katharsis

Płynie jak rzeka, czas, nieubłaganie.
Czy gdzieś na jej brzegu się spotkamy?
By móc znów złapać się za ręce i płynąć na tej chwiejnej tratwie życia razem, ku delcie która stanie się wiecznym ukojeniem?

Jesteśmy tu i teraz. Razem. Znów trzymasz mnie za dłoń i obiecujesz, że nie puścisz.
Nie odpuścisz.
Wiem to.
Czuję, że tak jest.
I nie pozwolę aby „tamto” wróciło.

Garść nieporozumień pomieszana z garścią złości, zmęczenia, problemów.
Szczypta dumy doprawiona lękiem i histerią.
Wrzało.
Oddaliliśmy się od siebie. Na szczęście nie na długo…

Dlaczego życie tak podstępnie obróciło nas przeciwko sobie?
Dlaczego pozwoliliśmy mu wtrącić się w naszą miłość? Niepozornie wkradło się między jedno a drugie ciche „kocham”, by huknąć krzykiem i płaczem i rujnować to co budowaliśmy przez długie lata?

Stąpanie po kuchym lodzie miłości. Każda nieuwaga może spowodować dreszcz w zimnej rzeczywistości. Niestety nas nie ominęło.

Natłok codziennych obowiązków, myśli krążące w okół naszych marzeń tych odległych. I MY.
Ludzie.

Z wadami.

Bez rozmowy z braku czasu. Bez pomocy. Bez ramienia wsparcia i otuchy.
Sami.
Samotni.
Bez widoków na przyszłość.
Wspólną.

Iskierka, zatliła się jasnym płomieniem już na granicy. Gdy czara goryczy rozlała się, wybuchła nieoczekiwanie jak wulkan. Starając się zmieść wszystko co miała na swej drodze.

Ona, delikatna. Rozpaliła znów ogień , który powoli duszony okrutnie.

Na chwilę nie zwątpiłam. W Nas.
Bo tylko Tobie mogłam ufać.
Przez dumę i tą potworną złość której w sobie nie znałam mogliśmy już nie trwać.
Skąd było jej tyle we mnie? Nie wiem. Skąd było jej tyle w Tobie?
Wiesz?

Czy miłość wystarczy? Nie. Nie wiem.
Wiem, że rutyna mogła zmazać nasze wspomnienia.

Przesiąkliśmy egoizmem. Egoizm nauczył nas pokory. Nieodwracalne istnieje.

Złe słowa są zapomniane, nie warte były uwagi. Nie były szczere.

Ich sens zakłócony adrenaliną. Wyraźność łkaniem.

Jesteśmy silniejsi.

Nie wiedziałam tego.

Mocni.

Teraz już tak zostanie. Na wieki wieków.

Amen

Nie daleko

„Powiedział mi ostatnio Ktoś, Komu  na mnie zależy, że zatraciłam siebie gdzieś po drodze. Ten sam Ktoś powiedział mi, że kiedyś byłam inna, że teraz nie jestem sobą. Kiedyś miałam pazury.
Mam problemy z którymi sobie nie radzę, ale jestem ich świadoma.
Mam problemy których sama rozwiązać nie potrafię, mimo, że wiem gdzie są.
Szukam pomocy w czyiś ramionach ale jej nie dostaję.
Powiedział mi też, że jestem tłamszona, tłamszona i upokarzana przez NIEGO, że o wszystko obwiniam siebie a jego bronię- nie widziałam tego, nie spodziewałam się, że tak to wygląda z zewnątrz. Ale mówię,  że ON tego nie zrozumie, jest za dumny, za dumny by mi pomóc, by zrozumieć.”
Opowiadała mu pewną historię, historię dwojga ludzi którzy kiedyś bardzo się kochali, ludzi którzy w tej chwili nie wiedzą w jakim miejscu są i czy wciąż dążą do jednego celu, wspólnego celu.
Zastanowiło mnie jedno: co się stało? kiedy to się skończyło?
Ci sami ludzie wciąż żyją z myślą, że się kochają, a stoją od dawna obok siebie. Nie są już partnerami, przyjaciółmi a stają się wrogami walcząc ze sobą. Pytam się jej, czy wie o co walczą? Bo ja nie wiem.
O życie, pieniądze, o zdrowie? Nie, wszystko to mają.
Historia ta zaczęła się dużo wcześniej, ale to o czym chcę Tobie opowiedzieć trwa od jakiegoś czasu, w sumie ciężko określić jakiś przedział, początek, koniec. Nikt nie zauważył tego od razu, skradało się powli, niepostrzeżenie do ich życia.
A było to tak….
Po którejś z kolei kłótni Ona nie czując ukojenia we łzach, zaczęła szukać problemu w sobie. „
Czemu wciąż się kłucimy? Dlaczego to ja wciąż czuje się gorsza, nie kochana? Dlaczego mam wrażenie że do niczego się nie nadaję? Dlaczego wciąż uważam, że jestem złą matką, żoną ? Dlaczego czuje się mało inteligentna, błyskotliwa? Dlaczego czuje się głupia, nie taka jaką być bym chciała?
Dlaczego czuję, że wewnętrznie staję się nikim?
Co się ze mną stało? Zawsze byłam uważana za duszę towarzystwa, za osobę z którą warto porozmawiać, za osobę która jedym zdaniem potrafiła zgasić największego dupka. Osobę która miała cięty język , ostre pazury do tego twardą dupę i miękkie serce.
Gdzie teraz jestem? Gdzieś błądzę po omacku, szukając drogi, jakiegoś światła w tunelu? Gdzie do cholery jesteś światełko?Potrzebuję Cię!”
Zamiast światła ciemność.
ON, miał być jej światłem. Gdzie jest? No właśnie. Gdzie?
Nigdy nie twierdziła, że jest idealna, zna swoje wady i głośno o nich mówi.
Mówiła nawet JEMU, ale nie zrozumiał, że szuka wsparcia, jak najgorszy wróg wykorzystuje jej słabości. Mimo, że wiele razy prosiła by tego nie robił, bo ją krzywdzi, zadaje jej cierpienie. Upokarza.
Więc robi krok w tył, dla świętego spokoju, nie chce znów dostać w twarz.
ON jak by jej nie słuchał, wciąż jej wmawia że uważa się za księżniczkę mimo, że tak często mu powtarza, iż to jej słabości, że księżniczką się nigdy nie czuła.
Że nikt jej w życiu jak księżniczki nie traktował, nie miała szansy tą księżniczką być. Choć chciała by na pewno. Chyba jak każda kobieta.
Gdy patrzy jak koledzy traktują swoje kobiety, pęka jej serce, ale co z tego.
Coraz częściej czuje, że ON się nie zmieni. Właściwie nie wie, czy chce na to czekać. Tkwić w tym wszystkim.
Kiedyś myślała, że łączy ich coś wyjątkowego, teraz wie, że wyjątkowe rzeczy nie mijają. A ta przemija.
On wypomina jej każdy błąd  Ona stara się go zrozumieć, rozmawia z nim usprawiedliwiając jego postępowanie. Za każdym razem wybacza myśląc, że pewnie ma problemy w pracy.
Jest nerwowa.
ON wie najlepiej jak dolać oliwy do ognia, jak podsycić ogień, do łez, wtedy hamuje. Za każdym razem tak samo.
Czy wie, że „Łzy kobiety, dla prawdziwego mężczyzny powinny być największą porażką” ?
 Nie wiem, zresztą dla niego takie wartości są śmieszne i bezwartoświowe. Wszystko co mu w jakimś stopniu umniejsza. Najcześciej uważa , że wszelkie argumenty są bez pokrycia.
Pewnie chcesz powiedzieć, że to tylko jedna strona medalu? Tak, owszem jedna, ale któraś musi zacząć. Któraś ze stron musi wyciągnąć rękę aby ta druga mogła się zastanowić czy chce ją podać.
Czy jest warto?
Myślę, że tak. Ale to się okaże. Czy On zrozumie ?
W pierwszej chwili pomyślała, że nie, że możliwe, że nawet nie przeczyta do końca jej listu i dojdzie do wniosku, że to stek bzdur. Że właściwie to nie o NIM.
Ma nadzieję, że się pomyli, że jednak da mu to coś do myślenia. Możliwe, że jej odpisze.
Jesli nie, wołanie o ratunek ucichnie, powoli zabierając ze sobą wszystko co ich łączy…

Nowy czas

Nawet nie wiem kiedy ten czas upłynął.
W tym ciąglym pośpiechu zatraciłam gdzieś poczucie czasu.

Nie spodziewając się, że moje życie tak bardzo się zmieni.
Nie spodziewając się, że będę nową istotą, silniejszą, pewniejszą siebie z innym podejściem do życia.

Moje szkraby za miesiąc kończą dwa lata.
Zapomniałam już o swoich obawach, o strachu i sprzecznościach które w sobie dusiłam. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez nich.
Przyzwyczaiłam się do myśli, że jest nas pięcioro, teraz to takie naturalne i zwyczajne. Takie proste.

Dlaczego wcześniej tak nie było? Nie wiem. I już mnie to nie interesuje. Nie ma to dla mnie znaczenia.

Wiem na pewno, że one są jednością i czymś dla mnie nie pojętym .
A to, że było nam dane oglądać ten cud jest jednym z najważnieszych doświadczeń w naszym życiu.

Wstań!

Wstań! Jesteś silna! Tak Ty!

Słowa niczym chmury zapowiadające deszcz kłębią się w mej głowie, mej duszy.

Jestem, tu i teraz. I wierzę w swoją moc, swą siłę. Powtarzam jak mantrę : ” dasz radę, jeśli tylko zechcesz”!

Są takie momenty w naszym życiu, które dobry los zsyła nam abyśmy doceniły swoją siłę. Siłę i potencjał, które w każdej z nas tkwią. Głęboko. Czasem brak nam zapału aby je wydobyć, brak celu by je dojrzeć. Ale są wciąż w nas i czekają.

Budząc się powtarzaj w kółko, że masz w sobie więcej sił niż ktokolwiek jest w stanie dostrzec. Bo wiesz, że masz prawda? Wiem, że jesteś silna, a siłę daje Ci ktoś inny. Ktoś dla kogo zawsze warto podejmować walkę. Walkę o siebie i swoje szczęście. Wstań i podnieś głowę!

Dlaczego płaczesz? Otrzyj łzy! Podnieś głowę, wysoko i spójrz w słońce! Nie poparzy Cię! Nie porazi swym  blaskiem. Zobaczysz świat w innych kolorach. Na nowo.

Nie potrzeba Ci nikogo by uwierzyć, że możesz. Po prostu znajdź to co w Tobie jeszcze się tli i nie daj zgasić tego płomienia. Nawet za cenę miłości. Płomień to Ty, bez niego będziesz nikim.

Matko! Ty pełna miłości, pełna ciepła i wrażliwości. Otrzep się z pyłu  i podnieś po upadku! Wiesz, że możesz!Wierzę w Ciebie!

Wiem, że jest ciężko. Wiem. Wejdź na swój szczyt, abyś mogła później z niego zbiec. Zbiec z satysfakcją, że wdrapałaś się sama. Sama na swoich nogach, nie na czyimś grzbiecie. Niezależna!

Są takie osoby, które mimo iż poznane niedawno odciskają ślad w Twoim życiu. Dopingują Cię w działaniu i są dla Ciebie inspiracją. Tak, to o Tobie. Ty wiesz.

Mam dość!

Tak, ja również jestem człowiekiem. Człowiekiem z wadami. Człowiekiem z limitem cierpliwości. Człowiekiem z limitem wytrzymałości. Człowiekiem który czasem chciałby też coś tylko dla siebie. Nie wciąż tego samego. Czegoś innego.

Mam dość odgrzewanej kawy, domisiów  i ich zasranego domisiowa.

Mam dość kolorowych zabawek w moim pokoju, kleju na podłodze i ciastoliny wgniecionej w dywan.

Mam dość smarków, kremu do tyłków pod paznokciami i zarzyganych nowych jeansów.

Mam dość ciągłego Mamo, mama, mamusiu!

Mam dość wychodzenia z domu na dwie i pół godziny.

Mam dość rozmazanego lakieru na mych paznokciach, bujaczków, kombinezonów i ich zacinających się zamków.

Mam dość dzieci! O tak! Mam ich czasem dość. Ale czy mi do cholery nie wolno???

 

 

 

Publika

Minęły trzy miesiące odkąd dziewczynki są z nami. Mimo trudnych początków już nie wyobrażam sobie życia bez nich. Są dwie, zawsze były dwie i we dwie stanowią pewną całość. Choć różnią się niesamowicie charakterami, mają ze sobą wiele wspólnego. Wspólny początek, wspólną przeszłość, teraźniejszość.

W rozwoju niemowląt trzeci miesiąc jest miesiącem wyjątkowym. Szczęściara ze mnie – myślę sobie, gdy śpiewam dla moich dziewcząt kolejną kołysankę. Może „śpiewam” to za dużo powiedziane, raczej buczę byłoby trafniejszym określeniem dźwięków, które wydobywają się z moich ust.

Tak, jestem szczęściarą. W końcu nie każdy ma swoją własną publiczność. Ja mam. Powiedziałabym nieskromnie, iż publiczność mnie wielbi. Jestem dla nich ideałem. Niejeden VIP pozazdrościł by mi takich widzów. One uśmiechają się i słuchają z zaciekawieniem. Nie krytykują, nie grymaszą. Patrzą. Właściwie to One ciągle patrzą.

Czasem czuję się obserwowana. Niby śpią, obracam się i już nie śpią. Zaglądają. Śmiesznie, w ciszy. Jak by na coś czekały. Na mój uśmiech, słowo. Na dotyk. Niesamowite.

Niesamowite jest być dla kogoś całym światem. Wiem, że dla nich właśnie tym światem jestem.

S jak Szpilki

Tak właśnie. Przez większość ciąży tak bardzo marzyło mi się założenie moich pięknych szpileczek, które to uśmiechały się do mnie każdego razu gdy spoglądałam do szafy.

Kobieta ciężarna jest jakby pozbawiona możliwości założenie tegoż to atrybutu kobiecości. Przykre to pomyślałam i któregoś dnia postanowiłam jednak wdziać je na swe stopy udając się na kolejną kontrolną wizytę.

Jakież było moje zdziwienie gdy Pan doktor widząc i oczywiście słysząc mnie już w progu  drzwi kazał mi się przespacerować po gabinecie i bacznie na mnie spoglądał. W końcu przerwał milczenie. „Bardzo ładnie chodzi Pani na obcasach, ale niestety poprzez  niefizjologiczne ustawianie stóp za bardzo kołysze Pani miednicą, a że wraz z powiększaniem się brzucha zmienia się Pani punkt ciężkości  to w konsekwencji może spowodować tylko problemy”.

O kurcze. Serio? Myślałam, że zakaz spowodowany jest ewentualnym upadkiem, a ja przecież mam sporą praktykę. Wyszłam na idiotkę, a chciałam tylko się ciut wysmuklić co w mym stanie było zrozumiałe i wręcz oczywiste. Kobieta zawsze chce wyglądać i czuć się dobrze. A co z celebrytkami, które nawet w dziewiątym miesiącu biegają w Louboutinie? No właśnie w Louboutinie.

Pożegnałam więc moje cudne sandałki, ale obiecałam sobie, że jak tylko wydam na świat swoje potomstwo niezwłocznie znów się do nich przymierzę.

I tak też zrobiłam. Gdy któregoś pięknego wieczora mąż dał mi wychodne na dwie godziny, wróciłam prawie na kolanach. Ale za to jaka szczęśliwa :)

Do pionu Kochana do pionu!

„Tak, proszę Pani ale ciutkę mi słabo. Możemy spróbować za jakieś 20 minut?”

Łooo Boże, tego jeszcze nie grali. Toż to jakiś horror! Jak już zwlekłam ( i to serio zwlekłam bo trwało to jakieś 15 minut) swe nogi z łóżka, pora na „Pionizowanie”. Nie spodziewałam się, że wstanie z łóżka może mi kiedyś sprawić tyle bólu. Mimo grymasu na twarzy, gorąca które pokryło całe moje ciało, twardo się wznoszę bo mówią, że jak już raz się wstanie to później jest tylko lepiej. I znów fiasko…cholera, czy to musi tak boleć???

I podejście numer trzy. Trzeba w końcu podnieść ten kuper, bo ile można leżeć. A i dziewczęta moje chciałabym dobrze obejrzeć, bo na razie widziałam je tylko w trakcie posiłku, który nie trwał zazwyczaj dłużej niż pięć minut.

„proszę się nie garbić, musi się Pani wyprostować”  No hellołłłł wiem, że muszę się wyprostować, ale w owej sytuacji stanowi to nie lada wyzwanie. Czy nikt nie zauważył, że dwanaście godzin temu leżałam na stole operacyjnym?

No i poszło. Zrobiłam rundkę po korytarzu, z zaciśniętymi zębami powoli kroczę ujrzeć me Młode. Są, obie.

I znów zaczynam się zastanawiać jak to się stało, że są tu dwie. Dwie na raz.

Kto jak nie ja

” Teraz Pani leży, nie podnosi głowy, a po 12 godzinach będziemy wstawać”. Tak, wiedziałam o tym, że w taki sposób wygląda doba po operacji, ale nie sądziłam do tamtego dnia, że będzie to aż tak trudne do przestrzegania. Kilka razy odruchowo wzniosłam łeb, po czym sama siebie w myślach skarciłam za ten wybryk, gdyż jakoś do mnie nie dotarło cóż może się stać, jeśli głowa ma będzie wyżej niż reszta ciała. Wolałam na wszelki wypadek nie doświadczyć tego „czegoś” na własnej skórze.

Spadek adrenaliny spowodowały, iż me siły witalne znikły całkowicie. W sumie postanowiłam skorzystać z chwili wytchnienia, których już nie długo będzie bardzo mało. Odpocznę. Może nawet zasnę. W duchu cieszyłam się, że na sali tej zakaz jest odwiedzin (oprócz mężów oczywiście), próbowałam uciszyć szalejące myśli. Mą uwagę jednak rozproszyła położna, która przynosząc mi jedno z moich zawiniątek starała się przystawić je do piersi. Pozycja do karmienia nie była rewelacyjna. Leżąc plackiem, choć usiłowałam jakoś jej pomóc me starania były daremne. A i mały ssak niestety za szczególnie nie współpracował. Niby dzioba otwierał, niby coś tak chlipał, ale zaraz puszczał, piszczał i się wiercił lub też zasypiał. Za chwilę przyniosła drugiego szkraba podobne zawiniętego ciasno pieluchami, który ochoczo starał się złapać brodawkę robiąc przy tym dużo hałasu.

„Masz za mało pokarmu” „Twój pokarm jest za chudy” ” Popatrz ona się nie najada” ” „Wiesz, ja nie karmiłam bo zaraz po porodzie nie miałam nic w piersiach, zaledwie kilka kropel i dziecko było ciągle głodne”

Te hasła brzmiały w mojej głowie. Tak przy mej pierworodnej wyglądały początki karmienia. Przy cesarce ważne jest aby przystawić dziecko do piersi w ciągu dwóch pierwszych godzin. Teraz jestem mądrzejsza i doskonale wiem o tym, że pokarmu jest tyle ile potrzeba, że w pierwszej dobie dziecko potrzebuje około łyżeczki mleka, więc nie leje się ono strumieniami, że pokarm dostosowuje się do potrzeb dziecka i z dnia na dzień jego skład się zmienia. Doskonale wiem, że mam tyle pokarmu ile trzeba i wiem również, że największą rolę w produkcji pokarmu ma nasza głowa. Kto? Ja nie wykarmię dwójki? Pewnie, że wykarmię. Nie wątpię w to! A jak mi się nie uda to i tak jestem ZAJEBISTA!

Powitanie

Trochę ludzi się wokoło mnie zebrało (no tak podwójne dzieci to i podwójny personel) po znieczuleniu nie czuję połowy ciała. Śmieszne uczucie. Podgłaśniają radio, leci muzyka. Zaczynają podśpiewywać. I czuję pierwszy dotyk na mojej skórze. Boże….zaczęli. Na zegarku kilka minut po 6:00. Widzę bo mam go na przeciwko twarzy. I już nie myślę nic. Pustka. Po prostu jestem i czekam. Oni rozmawiają. Nawet nie wiem o czym. Jakoś sens ich słów do mnie nie dociera. Czuję tylko bicie swojego serca.

Naglę czuję dziwny opór w mym brzuchu, a za nim krzyk. JEST!  JEST MOJA CÓRKA! PIERWSZA Z DWÓCH. 7:01. Przykładają mi ją do policzka. Witam Moja Piękna! Łza spływa po moim policzku. Cudowna.

Ponownie ucisk i znów krzyk. JEST! MOJE DRUGIE SZCZĘŚCIE! 7:02 a przy spotkaniu z drugą Pannicą łzy lecą już ciurkiem. Niesamowite.

Są, dostają 10 pkt..

2610 i 2625g  48 i 49 cm. Prawie identyczne. Moje.

Piąty centymetr

„Faktycznie, odeszły Pani wody, zapraszam na porodówkę”…no tak przecież kobieta jest niedorozwinięta i nie wie,że ciecz która z niej wypływa to wody płodowe. Eh, lekarze…nie…mężczyźni lekarze.

Zapakowali mnie na wózeczek, mimo mojego sprzeciwu, że nie mam skurczy i czuję się na tyle dobrze, że mogę sama pójść. Pacjentka nie wie co mówi, a i prawa do głosu też nie ma. Po labiryncie korytarzy dojeżdżamy na miejsce. PORODÓWKA.

Już w progu wita mnie młoda położna, bardzo miła, wzbudza moje zaufanie. Pomaga mi się dostać na łóżko. Mija jakieś 5 minut przychodzi doktorek. Bada i stwierdza następująco: ” Ponieważ ma Pani już 5 cm rozwarcia nie uda nam się zatrzymać akcji porodowej ( o cholera już 5 cm??? a ja nic nie czuję-WOW !!!). Sprawdźmy jak są dzieci ułożone.”  Przykłada głowice ultrasonografu do mego brzuszyska. „Z dziećmi wszystko w porządku, ale jedno z nich jest ułożone poprzecznie i w takim przypadku zalecamy rozwiązanie ciąży poprzez cesarskie cięcie. Czy zgadza się Pani na to?”

Zgadza czy nie zgadza…a ma jakieś wyjście?  Byle by dzieci były zdrowe. Róbcie co chcecie! I w jednej chwili rozwiały się marzenia o porodzie siłami natury. Chciałam rodzić siłami natury. Dlaczego? Dlatego, że przy mej pierworodnej poród był na tyle wyczerpujący, że mózg odmówił posłuszeństwa i prawie wymazał z pamięci te chwile. Nie pamiętam jak położna pokazała mi córkę a zawsze marzyłam o tym aby po wszystkim jeszcze na sali porodowej przytulić dzieci do piersi. To miała być taka wyjątkowa chwila, której przeżycie już niestety nie będzie mi dane. Taki lajf…

No dobrze. Trzeba się z faktem niezależnym od nas pogodzić. Przemiła położna informuje mnie, że zrobi mi depilację na NFZ, co rozbawia mnie prawie do łez.

Zaczynam odczuwać skurcze, rosną z minuty na minutę. Dość intensywnie. Przypomina mi się pierwszy poród. Wracają krótkie ale bolesne wspomnienia. Ale wtedy był ze mną On. Teraz jestem tu sama. Nie chcę być sama. Skurcze są coraz dłuższe. Dzwonię. „Kochanie, zaczęło się już tak na poważnie, ale biorą mnie na cc.”  Między słowami milknę by łapać oddech. Boli, cholernie boli. A już zapomniałam jak to było. A jeszcze tyle byłoby przede mną. I myślę w duchu…Ufff, jak dobrze, że zaraz to się skończy. Dobrze, że nie muszę tego przezywać po raz drugi. W obliczu bólu porodowego kobieta w większym lub mniejszym stopniu staje się bezradna. Marzenia o naturalnym porodzie spadają na drugi plan wraz z jego postępem .

Piąty centymetr, niby dużo, ale tylko kobieta, która rodziła wie co oznacza każda kolejna minuta. I jak dużo wytchnienia dają sekundy przerwy między skurczami i czyjaś dłoń zaciśnięta na twojej dłoni.

Dostaję coś w żyłę i na salę operacyjną.

Ty doceń to co masz, tak doceń to co masz

Kotek daj głośniej!

” Doceń to co masz,
ciesz się każdą chwilą,
swego szczęścia nie omijaj,
tak jest łap każdą chwilę,
ciesz się swoim życiem (…). ”

Uśmiechnięci, wsłuchujemy się w utwór który towarzyszył nam przez ostatnie kilka miesięcy.  110, 120, 130,140 wskazówka na liczniku wskazuje coraz to wyższe liczby. Autostrada, kierunek szpital. A w mojej głowie natłok myśli. Strach miesza się z radością. Obawa przed zagrożeniem dla dzieci jakie niesie ze sobą przedwczesny poród, oby nic im nie było, oby były zdrowe. Czy jestem na tyle silna by wydać na świat dwoje dzieci na raz? Czy dam sobie radę z opieką nad nimi? W końcu strach przed bólem, ewentualną operacją. A z drugiej strony podekscytowanie, radość, że przecież zaraz je zobaczę. Moje kochane małe Aniołki. Jakie będą? Podobne do mnie, do taty? Czy będą miały niebieskie oczęta? Czy będą duże, zdrowe?

Niesamowity mix w mojej głowie.

A mąż? W ciszy prowadzi auto, tylko od czasu do czasu spoglądając na mnie uśmiecha się. Co myśli? Czy czuje strach? Bo przecież to również jego dzieci, mężczyźni czują tak samo. Podejrzewam, że jego myśli krążyły w podobnej galaktyce co moje. Ale od nich wymaga się innej postawy. Silnej. Z jednej strony to dobrze, że tacy są. Gdyby nie On nie raz załamałabym się, jest moim wsparciem.

Jest i szpital. Ogromny kompleks wita nas izbą przyjęć.

Godzina zero

Godzina 2:00.

Budzę się, jakoś dziś śpię niespokojnie.

Czuję, że łóżko robi się mokre. No nie! Nie teraz! Za wcześnie! Który dziś jest? Myślę…5 sierpnia. Wtorek. Za dwa dni kończę 35 tydzień. Cholera, za wcześnie! Nie tak miało być.

Przecież jestem jeszcze nie spakowana! W myślach sama siebie uspokajam. Dobra. Powoli.

Misiek! Misiek! Misiu! Idź po ręcznik. Kochanie idź po ręcznik! Wody mi odeszły!!! Leżę w bezruchu, bo każdy ruch proces uwalniania płynu przyspiesza.

Wstaje, wręcz zwleka się z łóżka. A mnie szlag trafia. Szybko!!!

Poszedł.

Nie ma go i nie ma. Misiek! Ręcznik! Łóżko już całe mokre. A ręcznika jak nie było tak nie ma.

Mijają jakieś 3-4 minuty. Przychodzi, stoi w drzwiach (bez ręcznika) i patrzy na mnie. Widzę, że nie jarzy o co chodzi. Po chwili  pyta : ” Kochanie po co ci ten ręcznik?”

I pękam, zaczynam się chichrać, bo „Misio” wybudzony ze snu w środku nocy nic nie kuma. I jest taki zabawny. Mój mężczyzna, ojciec moich dzieci, spogląda na mnie spod tych swoich długich rzęs (ach jak ja mu ich zazdroszczę) niczym zagubione dziecko. I powtarzam drwiąco, głośno i wyraźnie KOCHANIE ODESZŁY MI WODY I ZALEWAJĄ ŁÓŻKO PODASZ MI RĘCZNIK?

ALLLEEEEEEEELLLLLLUUUUUJJJJJJAAAAAAAAA ! Pobiegł.

Sytuacja została opanowana.

Dzwonimy po szwagierkę. Przybiega, niemal błyskawicznie. Niesamowita kobieta. Ufff…chociaż na nią zawsze mogę liczyć.Zaczyna mnie pakować.

Szybka kąpiel, spakowanie dokumentów do torebki. Całus dla Miśki i lecimy.

Lecimy na spotkanie z naszymi Dziewczynkami. Niedługo się zobaczymy!!!

Na co czekasz???

Chciałby się rzec „Na co do cholery czekasz?”  Koniec lipca, pogoda rozpieszcza. Afryka. Czuję jak z dnia na dzień puchnę, jak każda kropla wody odkłada się w moich zmęczonych stopach, już nie mogę.

Ledwo dowlekłam się do lekarza bo w obecnym stanie, każdy ruch to wyczyn. 34 tydzień, oby jeszcze wytrzymać 4 tygodnie. Tylko jak? Brzuch ma ponad 120 cm w odwodzie. Ja również się znacznie powiększyłam. Obecnie na liczniku 17 kg na plusie. Czuję się i wyglądam ja waleń.

Szczególnie do twarzy mi w tych okropnych klapkach, które desperacko zakupiłam tydzień temu tylko dlatego, że miały rzepy dopasowujące się do mych „stóp” . A wszystko przez wiszące nade mną widmo pójścia do porodu w kapciach,bo raczej na przeniesienie mnie z auta na szpitalny oddział przez męża z obecnym wagowym przyrostem mowy raczej nie ma.

Nie pakuję się, bo nie chce wykrakać. Poczekam jeszcze ze 2 tygodnie. Plan postępowania w trakcie wybicia godziny zero USTALONY.

Wracając do meritum. Na co czekasz mężu? Remont musi złapać za  wałek i się pomalować sam.

List do A.

Kochana moja.
Dziękuję za życzenia urodzinowe!!!
Ostatnio jestem totalnie zabiegana. Tak wiele spraw do załatwienia, a sił coraz mniej, przez co wszelkie czynności robię na raty. Mogę powiedzieć, że prawie jestem przygotowana na przyjęcie naszych dziewuszek, jeszcze kilka spraw do załatwienia, ale to już drobiazgi.Natomiast remontu jak nie było, tak nie ma. Ale oczywiście czas jeszcze jest :)  i doszłam do wniosku, że mój mąż ma coś z poety. Faktycznie, czas będzie zawsze- nieprawdaż?
Wczoraj byłam na usg. Zaczęłam 31 tydzień. Dziewczynki rozwijają się dobrze, ważą 1800 i 2000 g i są ułożone główkowo.
Po rozmowie z lekarzem okazało się, że nie ma przeciwwskazań do porodu naturalnego. O dziwo mojego męża to nie uszczęśliwiło bo wolałby aby poród odbył się przez cc gdyż jest bardziej przewidywalny niż sn. Oczywiście mnie bardzo to cieszy, gdyż wolałabym urodzić siłami natury. Uświadomił mi również, że brak przeciwwskazań nie jest jednoznaczny z tym iż faktycznie urodzę naturalnie. Muszę się liczyć z sytuacją, w której poród może zakończyć się cięciem. Ale  nadzieja jest..
Jak będzie, czas pokaże. Przez to, że nastawiłam się na cesarskie cięcie nie za bardzo przygotowywałam się do naturalnego porodu.
A co u Ciebie Kochana?
Całuję mocno :*:*