Dni bez…

Są takie chwile, w których zastanawiam się co bym robiła gdyby nie dzieci. Odpowiedz jest zapewne oczywista, pracowałabym, spędzała czas ze znajomymi. Może miałabym męża, a może jeszcze nie. Nie wiem. Ale na pewno wiem, że już teraz nie wyobrażam sobie życia bez mojej najstarszej córki.

Są czasem chwile w których mam dość. Dość wszystkiego i wszystkich, nawet jej. Zastanawiam się…nie…nie zastanawiam się, a wiem co bym robiła, gdzie bym pojechała i w jakim momencie życia bym była. I wtedy wiem, że żyłabym inaczej.

Ale również wiem, że gdybym stanęła przed wyborem jednej z powyższych opcji to wybrałabym życie z nią. Czasem ciężkie, irytujące. Takie nasze.

Takie gdy po 5-ciu cennych minutach wchodzę do łazienki wierząc, że myje zęby (bo autobus na nas nie poczeka)  a ona poleruje pupę po porannym siku. Albo gdy poodkurzany dopiero co pokój w mgnieniu oka staje się miejscem „wypasu” kur. Też wtedy gdy nie chce się kąpać, nie chce umyć głowy, lub gdy chce w niedziele i święta odwiedzić wszystkie swoje koleżanki. Również wtedy gdy mówi mi, że mnie nie lubi. Albo gdy szantarzuje mnie swoją miłością ” Chyba mnie nie kochasz, jak nie chcesz mi kupić kolejnego piętnastego kucyka pony”. Albo gdy po raz kolejny zamiast Faktów muszę oglądać Pingwiny z Madagaskaru. Kiedy kłuci się ze mną i to mi brakuje argumentów. Gdy piszczy, biega, robi kolejne dziury w nowych spodniach lub gdy chodzi na boso w białych skarpetkach.

Ale właśnie za to ją kocham, za to, że jest sobą. Z wadami i zaletami. Taką moją. Jedyną, pierworodną.

Cisza, cisza, cisza……………………………

Właśnie pojechała do babci na kilka dni. A ja ma czas na wymianę garderoby, bo z bluzkami do pępka w mym wieku i stanie chodzić nie wypada.

List do A.

Kochana Moja.

Przepraszam, że dawno nie pisałam, ale czas ucieka mi tak szybko. Słońce świeci i nie chce się siedzieć w domu przed komputerem. Pytałaś co u mnie.

To już 29 tydzień ciąży, a ja czuję się fantastycznie. Nie sądziłam, że z takim obciążeniem można dobrze funkcjonować. Na liczniku w sumie 8 kg. Brzuch już jest spory mierzy 117 cm a do końca jeszcze daleko. Czasem zastanawiam się czy nie pęknę. Dziewczynki 02.06 ważyły sporo: 1200 g i 1100 g. Położna twierdzi,że do porodu każda z nich powinna ważyć ok 2800 g.

Na wizycie lekarz zaczyna straszyć przedwczesnym porodem, przypomina, że trzeba mieć to na uwadze. Zazwyczaj ciąże mnogie kończą się koło 35 tygodnia. Chciałabym wytrzymać dłużej. Ale zobaczymy jak będzie. Najbardziej z całego towarzystwa wyluzowany jest jak zawsze Pan A. potocznie zwany mężem. On wciąż ma czas. Fakt mąż mój budowlaniec, żaden remont mu nie straszny, ale i on nie jest cudotwórcą i kilku tygodni mu trzeba. Z każdym mijającym tygodniem przypominam mu, jak nasz czas się kurczy. Przypominam, iż do domniemanego dnia porodu zostało tylko 6 tygodni a w najlepszym przypadku 9. ” Nie martw się, zdążę”

Ehe jasne.

Na razie nie zrezygnowałam z wcześniejszej aktywności. Chodzę na basen z córką, na spacery, sprzątam, kompletuję wyprawkę dla bobasów bo syndrom wicia gniazda w obecnej chwili nie jest mi obcy. I oczywiście jak na rasową panikarę boję się że nie zdążę ze wszystkim.

Nie ukrywam, że jest mi już ciężko. Serce bije dla trzech ciał, zadyszka to moje drugie imię . Czasem czuję się jak lokomotywa, albo jak kto woli parowóz. A jeśli chodzi o moje dolegliwości to czasem mam wrażenie, że zaraz umrę. Biodra bolą niemiłosiernie. Obciążenie jakie funduje im brzuch plus hormonalnie poluźnione stawy powodują iż z bólu nie mogę spać. Nigdy nie spodziewałam się, że obrót z boku na bok może być tak trudny i bolesny. Gdy już uda mi się obrócić na plecy czuję jak moje wnętrzności są gniecione, przez ogromny ciężar. Mimo wszystko kopniaki w żebra, w wątrobę czy pęcherz są urocze i uświadamiają mi, że miejsce w mojej macicy się powoli kończy.

Dobra, ponarzekałam sobie. Ciąża to nie same przyjemności. A już podwójna ….

Trzymaj za nas kciuki. Całuję mocno jeszcze w trzypaku :*

Twoja P.

Maj niosący nadzieję…

Maj. Cudowny miesiąc. Niosący nadzieję. Nadzieję na nowy piękniejszy dzień. 31 maja 2008 roku powiedzieliśmy sobie sakramentalne „Tak” i wtedy miesiąc ten stał się dla mnie wyjątkowy. Dziś mam nadzieję, że będzie dobrze. Nadzieja i strach idą dziś ramie w ramie, jak para zakochanych w ten słoneczny dzień. Kroczą u mego boku, a sekunda ciągnie się w nieskończoność.

Siedzimy w poczekalni. Moje Kochanie trzyma mnie za rękę i wyczuwając przyspieszony puls, widząc me purpurowe policzki powtarza jak mantrę, że będzie dobrze.

Eh…no niby to wiem. Ale co z tego. Dziś USG połówkowe. Strach działa na mnie paraliżująco. Doktor woła do gabinetu.

Na liczniku 6 kg do przodu, doktor twierdzi, że to nie wiele jak na bliźniaki.

Powoli przykłada głowicę do mojego brzucha-zamieram. Kręci, przyciska i marszy brwi. Co jest? Każdy jego grymas przeżywam jak wyrok .

„Wszystko dobrze, dzieci rozwijaną się prawidłowo.Jedno waży 560g  drugie 600g, czy chcecie Państwo poznać płeć dzieci? ”

„Będą CÓRKI!”

Cudownie! Wow! Moje Dziewuszki! I znów maj mnie nie zawiódł.

 

Czytaj więcej

Półmetek

Mija 21-szy tydzień ciąży.

Maluchy wiercą się niemiłosiernie, brzuch skacze na kilka stron jednocześnie. Są urocze, rozczulają,  gdy tak śmiesznie manipulują powłokami mego ciała.  Każdy ich ruch przypomina, że tam są, że są oba. I już nie wyobrażam sobie aby mogło być inaczej.

Schodząc na ziemię należałoby powoli zacząć się zastanawiać nad wyprawką dla tych dwóch rozbójników. Płeć jednego jest już znana, będzie córka, natomiast drugie, ma wszystko w swoich czterech literach i postanowiło się nie ujawniać.

Gdy mija już połowa, człowiek zaczyna sobie uświadamiać, że już niewiele czasu zostało, że jeszcze kilkanaście tygodni i życie zmieni się diametralnie.

A my w proszku…może nie martwiłabym się aż tak bardzo gdyby był to proszek z serii „instant”, a tu niestety i jeszcze ten remont, na który (jak to u mężczyzn bywa) mój mąż oczywiście wciąż ma czas.

Jutro wizyta u lekarza.

Myśląca Miśka

Okazało się, że nie lada wyzwaniem dla mej Córki była  informacja o podwójnej ciąży. Troszkę zbiło ją to z tropu. Ale mimo wszystko cieszyła ją wiadomość, że będzie miała rodzeństwo, bo już od jakiegoś czasu mi przypominała, że ktoś tam ma kogoś a ona nie ma nikogo.

Misia była bardzo zdziwiona. Dwa? jak to? W jednym brzuszku? Nie rozumiała. Niespodzianką razy dwa ją zaskoczyłam, mimo wszystko i tak wyszła z tego z twarzą.

„Kochanie ale to na razie nasza tajemnica dobrze? – Tak mamusiu.”

Na drugi dzień już wszyscy w zerówie łącznie z Panią wychowawczynią wiedzieli, że spodziewam się bliźniąt. Oczywiście w tajemnicy ;)

Oh…cudowne dziecko!

Co na to Miśka?

Już czas. Najwyższa pora aby poinformować „Starszą siostrę” o obecności rodzeństwa.

Brzuch widocznie zaczyna się zaokrąglać.

Na razie ominie nas rozmowa o  pszczółkach, ptaszkach i motylkach. To jeszcze nie ten moment. Do tej chwili jedyną słuszną teorią powstawania „dzidzi w brzuszku” jest miłość. Zawsze tłumaczyłam jej, że dzieci powstają z miłości i tej wersji przy dzisiejszej okazji będziemy się trzymać.

Kto zna moją pierworodną wie, że jest to niesamowicie ciepłe dziecko. Pełne uczuć i empatii. Nie twierdzę, że to anioł, bo psoci jak każde dziecię, ale ma w sobie dużo serca dla innych…i lubi dzieci.

Postanowiliśmy. Dziś powiemy jej o rodzeństwie i to nie byle jakim, a podwójnym. Mam nadzieję, że zaakceptuje fakt, że już nie będzie jedyna. Ale cóż ona na tym etapie może wiedzieć? Niewiele.

Zaprosiliśmy ją na pizzę. Zasiedliśmy przy stoliku. Miśka wybrała małe co nieco dla siebie. Sączy soczek przez rurkę ( bo rurka musi być zawsze, do soku, herbaty, kakao, jogurtu i zdarzyła się nawet w zupie )  spogląda na mnie tymi sowimi czarnymi oczętami i ja już wiem, że ona coś czuje. Wie, że coś się święci. Mimo swego jeszcze młodego wieku jest bardzo bystra. Zadziwiająca. Patrzy, a ja zaczynam.

„Kochanie, mamusia i tatuś chcieliby z Tobą porozmawiać o bardzo ważnej dla nas sprawie. Ostatnio mi mówiłaś, że chciałabyś aby mama była z Tobą w domku. Pamiętasz?

- Tak. I co?

A czy zauważyłaś może, że troszkę mi brzuszek urósł?

- Nieeeee. I już widzę, że patrzy na moją bluzkę i się uśmiecha. Już zrozumiała. Nagle promienieje i wykrzykuje: Masz w brzuszku dzidziusia?

-Nie Kochanie dwa dzidziusie!”

Mina Miśki BEZCENNA!!!

List do A.

Kochana,
nawiązując do Twojego maila. Bardzo delikatnie odczuwam już obecność Dzieciaczków. Przy bliźniakach dzieje się to trochę szybciej , bo wiadomo działają ze zdwojoną siłą. Mają już po 7 cm, więc całkiem sporawe te moje Szkraby.
Myślę, że na pewno już się ze sobą komunikują. Przez USG było widać jak jedno o drugie się ociera, jak przez błonę owodni się dotykają. Wydaje mi się, że odczuwają swoją obecność. Nie od dziś mówi się o dużej więzi między takimi dzieciaczkami która powstaje jeszcze w łonie matki.  Zastanawiam się teraz – a propos twojego poprzedniego maila, jaką rolę w ich życiu będę odgrywała ja ? Czy będę dla nich tak samo ważna jak dla mnie jest moja mama? Czy mniej, bo będą miały siebie? Wcześniej, byłam ja i Miśka, tylko my i nasza jedyna w swoim rodzaju więź. Pierwsze spojrzenie jakim mnie obdarzyła jeszcze w szpitalu do dziś tkwi w mojej głowie. Pamiętam jej oczy, ciężko jest to wytłumaczyć słowami. Oczy były takie świadome, pełne miłości i czułam, że ona przygląda się mojej twarzy z zaciekawieniem, że mimo, iż nigdy jej nie widziała wie, że należy do jej matki.
Oczywiście jest tato, ale tato nie rozumiał się z nią bez słów. Tato musiał się uczyć tego czego my obie nauczyłyśmy się przez 9 m-cy. Przez ten czas wiedziałam, że jest tylko moja, że już zawszę będę jej. Teraz jestem ja i One. Jak będzie, nie wiem. Ciekawa jestem. Ta ciąża jest ciekawa, to nowe doświadczenie, nowe myśli, następne pytania.
A Ty jak myślisz?
PS. W najbliższym czasie zamierzamy powiedzieć Misi o rodzeństwie, ciekawa jestem co na to moja zbuntowana pięciolatka :)
Całuję mocno :*

Zacznijmy od nowa

Po chwilach zwątpienia, strachu przyszedł i czas na radość. W końcu jestem tam gdzie chciałam być.  Dlaczego musiało to tyle trwać? Nie wiem. Ale cieszę się, że jest to już za mną. Zaczynam czerpać radość z ciąży, choć jest ona inna niż pierwsza. Dość intensywna pod względem dolegliwości i wrażeń.

Pojawiają się kolejne pytania, problemy do których podchodzę z uśmiechem. Wcześniej nie zastanawiałam się jak radzą sobie rodziny z trójką dzieci. I nie zdawałam sobie sprawy z tego, że moje pięcioosobowe auto w rzeczywistości jest czteroosobowe, a zmieszczenie w nim trzech fotelików jest wręcz nie możliwe…..a  wózków dla bliźniąt w każdym sklepie dla dzieci jest do wyboru aż sztuk jeden. Ilość oszałamiająca.

Zanim się obejrzałam minęło kilka tygodni. Nadszedł czas na kolejną wizytę u lekarza, gdyż wielkimi krokami zbliżał się 12-sty tydzień ciąży.

Na usg widzę moje dwa bąbelki i cieszę się. Cieszę się, że są dwa. Cieszę się, że życie mnie w ten sposób zaskoczyło. Że, mam szansę na takie szczęście na które nigdy wcześniej bym się nie zdecydowała. Patrzę na te małe rączki, nóżki i już wiem, że one mnie potrzebują. Mąż zaskoczony widokiem, patrzy na monitor i z niepokojem słucha lekarza, który co chwile podaje wyniki swoich obserwacji. A że dzieci dwoje to i stres dwa razy większy. Serce prawie wyrywa się z piersi… a głowie tylko jedna myśl: „OBY BYŁY ZDROWE” ! Na szczęście dzieciaczki rozwijają się dobrze i prawdopodobnie są dwujajowe.

Tak, biorę się w garść i zaczynam nowy rozdział pt.: „Trymestr drugi”. O chwilach wcześniejszych chcę zapomnieć.

Po omacku

Ochłonęłam.  Gdzieś tam po ciuchu, w środku zaczynam układać sobie tę swoją rozsypaną układankę. Trochę jak dziecko, które musi obrócić każdego puzzla  wokół jego własnej osi zanim dopasuje go do reszty obrazka. Po omacku, zbliżam się krok po kroku do miejsca w którym pragnę być. Nie jest to łatwe, ale osiągnięcie celu wynagradza wszelkie troski. W głowie wciąż tak wiele pytań bez odpowiedzi: czy coś jest ze mną nie tak? Czy tylko ja się boję? Czy na tym wielkim świecie nie ma równie przerażonej potrójnej matki jak ja? Na wszystko trzeba czasu. Wiem, że brak mi cierpliwości, zawsze wszystko chcę mieć już. Życie uczy pokory, to dobrze – już czas na najważniejszą z lekcji.

Głowa do góry!

List do A.

Kochana moja.
Co do mojego samopoczucia, jest nieźle fizycznie. Psychicznie trochę gorzej.
Dość kiepsko sobie od kilku dni radzę z pewnym tematem. Proszę niech Cię nie zdziwi ton mojej wypowiedzi. Sama nie wiem co myśleć o swoich myślach.
Będąc na izbie przyjęć, lekarz zaskoczył mnie podczas badania USG mówiąc, że widzi nie jedno a dwa bijące serduszka.
Szok! Jak to dwa? Miało być jedno, przecież planowaliśmy jedno. Dlaczego są dwa?
Bliźniaki? Nikt w rodzinie ich nie miał! Dlaczego Ja? Miałam cichą nadzieję, że obudzę się z tego snu.
Moja reakcja nie była książkowa. Nie czułam się z nią dobrze i nadal nie czuję. Wiedziałam, że powinnam się cieszyć, bo przecież zostaliśmy obdarowani podwójnym szczęściem. W głowie miałam tylko jedno słowo które określało moje zachowanie- PRÓŻNOŚĆ. Staram się myśleć pozytywnie, ale zawsze gdy zaczynała się tlić mała iskierka radości zawsze gasiło ją  właśnie jakieś ale…
Bo przecież jak sobie poradzić z trójką? Co na to Miśka? Miała być siostrzyczka, a będą dwie? Chciałam dwójkę dzieci, a nie dwoje w pakiecie…
Dlaczego my  zawsze musimy inaczej niż wszyscy?
Dlaczego po prostu nie mogę się cieszyć jak te wszystkie matki na forach internetowych?
Masa pytań bez odpowiedzi.
Rodzina zwariowała. Mąż szuka auta, myśli o budowie domu…a ja w środku tego…czuję, że przecież nie wypada płakać. A tak bardzo by się chciało. Przecież wszyscy mówią, że pomogą, że muszę się cieszyć, że bliźniaki to błogosławieństwo, że „patrz jak będzie im fajnie iść wspólnie do przedszkola”…fajnie, ale  wolałabym abyście zostawili mnie samą, bym w samotności mogła powyć do księżyca!
Cholera.
Ale gdzie w tym ja? Moje egoistyczne plany? Chciałam urodzić, cieszyć się macierzyństwem a po roku  wrócić do pracy.
No tak, nie od dziś wiadomo „że człowiek planuje, a pan Bóg krzyżuje” Tylko czemu musiałam się o tym przekonać znów na własnej skórze? Czy nie może być normalnie?
Jedna ciąża za mną, eh…jeszcze tydzień temu w tym temacie byłam biegła, przecież nic mnie już nie może zaskoczyć! Wiem jak się rodzi, wiem jak się opiekuje dzieckiem!
A teraz znów nie wiem nic. Ktoś zabawnie zburzył mój mały świat, teraz muszę budować go na nowo.
Nic nie wiem o ciąży mnogiej.  Nie umiem zajmować się dwójką na raz, nie umiem karmić na dwa ani przewijać dwóch tyłków na raz.
I znów jestem  bezradna w temacie.
Nie wątpię w moją miłość do dzieci, bo czym zawiniły, że matka nie nastawiła się na każdą okoliczność? Nie przypuszczałabym, nawet nie przeszło mi przez myśl, że możemy mieć bliźnięta.
A Ty? Czy myślałaś kiedyś o tym, że możecie trafić taki los w waszej loterii ?
Całuję Cię mocno!
P.

Raz,…dwa???

I bańka mydlana nagle pęka!

A już się tak cieszyłam. Żyłam w przeświadczeniu, że wszystko będzie dobrze. Byłam bezpieczna. Czułam się bezpieczna. Wszystko sobie poukładaliśmy.

A tu w najmniej oczekiwanym momencie pojawiło się plamienie….

Płaczę, biegam po domu, krzyczę, że musimy jechać do szpitala. Zbieramy się, wsiadamy do auta, jedziemy. On mnie pociesza, uspokaja, a ja wciąż się zanoszę. Tłumaczę, że tak być nie może!!!

Kilkanaście minut na izbie przyjęć….ale przecież mam numer do doktora. Dzwonię. Doktor uspokaja, że tak może się zdarzyć, że mam czekać i się nie denerwować. To nie musi być poronienie. Uspokoił, ufff….poczekam. Wraca uśmiech i nowa nadzieja.

„Proszę, teraz Pani.” Zabrzmiał mało sympatyczny głos zza drzwi. Najwyraźniej Pani położna miała dziś gorszy dzień. No cóż. Nie jest mi ona akurat do niczego potrzebna.

Wchodzę, lekarz woła. Młody, sympatyczny. Pyta co się dzieje, po czym sprawdza i stwierdza, że ciąży nic nie zagraża…. i znowu Uffff……

Zaprasza na USG, więc się kładę. Bada, spogląda na monitor. Cisza.

„Ale tu są dwa!”

I znów raz dreszcz raz fala gorąca przepływa przez całe moje ciało. Dostaję wypieków i wtrącam – Ja  -  dr hab ginekologi i położnictwa, że się pomylił bo na pewno jest jeden.

„Nie wierzy mi Pani?”

Pffff…co za pytanie, oczywiście, że nie wierzę bo ostatnio mój doktor mnie przed tym przestrzegał.

„No to proszę spojrzeć!”

Obraca monitor…no NIE! I czuję ponowną falę ciepła, policzki mi płoną. Serce wali jak oszalałe. Leżąc mam wrażenie że się przewrócę. Cała się trzęsę. Czuję, że nie mogę wymówić słowa, jak sparaliżowana.

Jak byk! Dwa. Jeden obok drugiego. D W A !  Dwie fasolki, dwa serduszka!

Ja p……e! Brzmiały łacińskie słowa w mojej głowie, a w tamtym momencie idealnie odzwierciedlały mój stan umysłowy. Jak to do cholery dwa? Było jedno. Skąd się wzięło drugie? Były dwa pęcherzyki, ale jeden był pusty, widziałam to na własne oczy! Nie, nie mogę. Wysiadam.

Lekarz pogratulował. Najwyraźniej sytuacja dość mocno go rozbawiła gdyż pożegnał mnie słowami: „Pani przyszła z jednym a wychodzi z dwoma”. Ach…jaki żartowniś!

Wybiegam, mąż za mną. I znów w ryk. I przez zęby cedzę widząc minę zdezorientowanego mężczyzny u mego boku, który ewidentnie boi się tego co powiem – SĄ DWA!

DWA   TWOJE    DZIECI !

A on zaczyna się śmiać, cieszyć, przytula, całuje. Do cholery człowieku co Cię tak cieszy??? Zęby ściskam ze złości. Wzrok karcąco pyta o co chodzi.

„Miałem nadzieję, że będą dwa”!

No i szlag mnie trafia! Jak miałeś nadzieję? Że dwa, że niby dlaczego? Wykrakałeś, to Twoja wina, wszystko przez Ciebie! Chciałam tylko jedno. W sumie dwa, a nie dwa na raz!

Pomieszanie z poplątaniem.

Wieczorową porą

Cześć Mamuś, chciałam Ci przekazać nowinę. Będziesz miała następne wnuczątko!

Na serio!  Nie żartuję! Też się cieszę! Właśnie wracam od lekarza. Tak, wszystko jest dobrze. Serduszko już bije, to dopiero 6 tydzień. Przyjedziemy w weekend. Pa!

Jest już ciemno, a ja patrzę na zdjęcie Usg i wciąż nie wierzę. Siedzę w aucie pod domem. A w głowie setki myśli na sekundę.

A więc tam jesteś, na prawdę jesteś Fasolko. Och…tak się cieszę.

Dzień dobry panie doktorze

„Dzień dobry, co Panią do mnie sprowadza?”

Spojrzał podejrzliwie z nad okularów, witając mnie zza swojego biurka. Wysoki, szczupły, dobrze po pięćdziesiątce, włosy zawsze zaczesane do tyłu, brunet. Heh…taki sympatyczny człowiek z tego doktorka. Tak dobrze mu z oczu patrzy. Aż chce się do niego chodzić (dziwne, bo nie myślałam, że kiedykolwiek tak powiem o ginekologu).

Już postanowione, że to właśnie dr Marcin będzie prowadził moją ciążę. Nie wiem z czego wynika ten fakt, ale mam do niego duże zaufanie, mimo, że byłam u niego zaledwie kilka razy wcześniej. Niektórzy ludzie chyba już tak mają, że przyciągają do siebie.

Panie Doktorze jestem w ciąży!

W jednej chwili oczy pana doktora rozbłysły, na twarzy zarysował się szczery uśmiech. Z czego się tak cieszy?

„Jest Pani  20-stą młodą kobietą w tym tygodniu która przychodzi do mnie z taką wiadomością. A mówią, że przyrost naturalny w Polsce jest wciąż niski. Chyba Panie wzięły sobie do serca tę informacje.”

I od razu człowiekowi lżej na sercu, gdy lekarz robi wrażenie zainteresowania każdą pacjentką. Sam mi kiedyś powiedział, że jest podobny do psa pasterskiego, że zżywa się ze swoimi pacjentkami, że pilnuje ich spraw. Zdaje sobie sprawę również z tego, że to czasem nie wygodne, bo dzwonią do niego jak jest na wakacjach, na nartach i na zwolnieniu chorobowym. Ale nie umie odmówić w potrzebie. Oby wszyscy wkładali tyle serca w swoją pracę. Komu jak komu ale kobiecie w ciąży sama myśl, że w razie „w” może zadzwonić do swojego lekarza jest BEZCENNA!

W każdym razie wziął się do badania i Usg.

„Widzi Pani, jest jeden pęcherzyk….O! A tu jest drugi. Proszę zobaczyć jak łatwo Usg może wprowadzić nas w błąd, bo tak na prawdę jest jeden.”

Jeden, dwa….  Uffff….Panie doktorze niech mnie Pan nie straszy!

 

Wpadniesz w rytm

Po chwili szoku przyszedł czas na codzienne obowiązki. Trzeba znów wejść w rytm naszego codziennego dnia.

Bo przecież ktoś musi obudzić  Miśkę, dochodzi 7:00.

O 7:30 ma autobus do zerówy, więc to już najwyższa pora na pobudkę. Wstaje, leniwie zsuwa się z łóżka, wygina, wzdycha, „Mamusiu, mogę pospać jeszcze godzinkę?”. Po odmowie z zniesmaczoną minką idzie myć ząbki, ubiera się. Dzień jak co dzień. Na chwilę nawet zapominam o porannym niedowierzaniu. Przy niej nie mam czasu na zastanawianie się. Z nią jestem tu i teraz.

Miśka pojechała. Jadę do pracy. Po drodze z głową w chmurach, moje myśli kłębią się wokół jednego tematu, rozkojarzona, pełna nadziei ale zarazem pełna obaw dojeżdżam. Moje oczy nie zarejestrowały ani kawałka przejechanej drogi, uświadamiam sobie to dopiero po wyjściu z auta. Jechałam jak autopilot. Na pamięć, jak automat.

Wdech mroźnego powietrza orzeźwił mój mózg. Zaczął w końcu funkcjonować jak na mózg przystało.

Ok, trzeba zacząć działać…gdzie ja mam numer do Pana Doktora???

 

Niecierpliwa

Zrobię ten test teraz.

Jest wieczór więc wynik może nie być poprawny. Stężenie HCG jest najwyższe rano. Z drugiej strony już wiem, że wyjdzie pozytywny. Tak samo jak poprzednim razem, kiedy stałam nad testem ciążowym i jak nigdy wcześniej czułam, że będą dwie kreski.

Nie. Poczekam, wytrzymam do rana.

Ciało wysyła sygnały, trudno ich nie zauważyć…no ale to nie lata 40-ste żeby ufać swojemu instynktowi. Co z tego, że wiem. Tu trzeba dowodów! Pierwsze pytanie które pada u ginekologa…”Czy robiła Pani test ciążowy?  Nie Panie doktorze, nie potrzebowałam, bo przecież wiem doskonale, że noszę w sobie nowe życie. I już widzę jego minę.

Dobra wytrzymam.

Śpisz ?

Wchodzi do łazienki o 6:00, przeciera oczy i widzę uśmiech. Jeszcze zaspany, ale świadomy. Tak, na białym plastikowym pudełeczku widnieją dwie różowe kreseczki. Dziecko, embrion, zarodek, jak kto woli…ale Nasze.

Ręce trzęsą mi się, nie wiem czemu. Przecież chcieliśmy drugiego dziecka. Kurcze ale tak szybko poszło?  Za szybko? Sama nie wiem. Myślałam chyba, że to potrwa. Jakieś 6-8 m-cy, że uda nam się lepiej na to  przygotować. Mentalnie, finansowo. Planowaliśmy remont pokoju dziecięcego i zmianę samochodu…och i czego my nie planowaliśmy.

No tak, zawsze coś. Bo jeszcze to, bo jeszcze tamto…a plan o drugim dziecku wciąż schodził na plan drugi.

Mimo tej świadomości, że to już najwyższa pora, że przecież różnica wieku i tak będzie duża, strach i wątpliwości pozostały. Dobrze, że decyzja już za nami. Już jest po fakcie.

Ale trzeba się oswoić jak z każdą  nową sytuacją. To ludzkie.

Podświadomie już wiem, że to córka. Moja druga mała ślicznotka, mała księżniczka. Moja…

Fajnie, że jesteś Fasolko. Rośnij zdrowa.