Wstań!

Wstań! Jesteś silna! Tak Ty!

Słowa niczym chmury zapowiadające deszcz kłębią się w mej głowie, mej duszy.

Jestem, tu i teraz. I wierzę w swoją moc, swą siłę. Powtarzam jak mantrę : ” dasz radę, jeśli tylko zechcesz”!

Są takie momenty w naszym życiu, które dobry los zsyła nam abyśmy doceniły swoją siłę. Siłę i potencjał, które w każdej z nas tkwią. Głęboko. Czasem brak nam zapału aby je wydobyć, brak celu by je dojrzeć. Ale są wciąż w nas i czekają.

Budząc się powtarzaj w kółko, że masz w sobie więcej sił niż ktokolwiek jest w stanie dostrzec. Bo wiesz, że masz prawda? Wiem, że jesteś silna, a siłę daje Ci ktoś inny. Ktoś dla kogo zawsze warto podejmować walkę. Walkę o siebie i swoje szczęście. Wstań i podnieś głowę!

Dlaczego płaczesz? Otrzyj łzy! Podnieś głowę, wysoko i spójrz w słońce! Nie poparzy Cię! Nie porazi swym  blaskiem. Zobaczysz świat w innych kolorach. Na nowo.

Nie potrzeba Ci nikogo by uwierzyć, że możesz. Po prostu znajdź to co w Tobie jeszcze się tli i nie daj zgasić tego płomienia. Nawet za cenę miłości. Płomień to Ty, bez niego będziesz nikim.

Matko! Ty pełna miłości, pełna ciepła i wrażliwości. Otrzep się z pyłu  i podnieś po upadku! Wiesz, że możesz!Wierzę w Ciebie!

Wiem, że jest ciężko. Wiem. Wejdź na swój szczyt, abyś mogła później z niego zbiec. Zbiec z satysfakcją, że wdrapałaś się sama. Sama na swoich nogach, nie na czyimś grzbiecie. Niezależna!

Są takie osoby, które mimo iż poznane niedawno odciskają ślad w Twoim życiu. Dopingują Cię w działaniu i są dla Ciebie inspiracją. Tak, to o Tobie. Ty wiesz.

Mam dość!

Tak, ja również jestem człowiekiem. Człowiekiem z wadami. Człowiekiem z limitem cierpliwości. Człowiekiem z limitem wytrzymałości. Człowiekiem który czasem chciałby też coś tylko dla siebie. Nie wciąż tego samego. Czegoś innego.

Mam dość odgrzewanej kawy, domisiów  i ich zasranego domisiowa.

Mam dość kolorowych zabawek w moim pokoju, kleju na podłodze i ciastoliny wgniecionej w dywan.

Mam dość smarków, kremu do tyłków pod paznokciami i zarzyganych nowych jeansów.

Mam dość ciągłego Mamo, mama, mamusiu!

Mam dość wychodzenia z domu na dwie i pół godziny.

Mam dość rozmazanego lakieru na mych paznokciach, bujaczków, kombinezonów i ich zacinających się zamków.

Mam dość dzieci! O tak! Mam ich czasem dość. Ale czy mi do cholery nie wolno???

 

 

 

Publika

Minęły trzy miesiące odkąd dziewczynki są z nami. Mimo trudnych początków już nie wyobrażam sobie życia bez nich. Są dwie, zawsze były dwie i we dwie stanowią pewną całość. Choć różnią się niesamowicie charakterami, mają ze sobą wiele wspólnego. Wspólny początek, wspólną przeszłość, teraźniejszość.

W rozwoju niemowląt trzeci miesiąc jest miesiącem wyjątkowym. Szczęściara ze mnie – myślę sobie, gdy śpiewam dla moich dziewcząt kolejną kołysankę. Może „śpiewam” to za dużo powiedziane, raczej buczę byłoby trafniejszym określeniem dźwięków, które wydobywają się z moich ust.

Tak, jestem szczęściarą. W końcu nie każdy ma swoją własną publiczność. Ja mam. Powiedziałabym nieskromnie, iż publiczność mnie wielbi. Jestem dla nich ideałem. Niejeden VIP pozazdrościł by mi takich widzów. One uśmiechają się i słuchają z zaciekawieniem. Nie krytykują, nie grymaszą. Patrzą. Właściwie to One ciągle patrzą.

Czasem czuję się obserwowana. Niby śpią, obracam się i już nie śpią. Zaglądają. Śmiesznie, w ciszy. Jak by na coś czekały. Na mój uśmiech, słowo. Na dotyk. Niesamowite.

Niesamowite jest być dla kogoś całym światem. Wiem, że dla nich właśnie tym światem jestem.

S jak Szpilki

Tak właśnie. Przez większość ciąży tak bardzo marzyło mi się założenie moich pięknych szpileczek, które to uśmiechały się do mnie każdego razu gdy spoglądałam do szafy.

Kobieta ciężarna jest jakby pozbawiona możliwości założenie tegoż to atrybutu kobiecości. Przykre to pomyślałam i któregoś dnia postanowiłam jednak wdziać je na swe stopy udając się na kolejną kontrolną wizytę.

Jakież było moje zdziwienie gdy Pan doktor widząc i oczywiście słysząc mnie już w progu  drzwi kazał mi się przespacerować po gabinecie i bacznie na mnie spoglądał. W końcu przerwał milczenie. „Bardzo ładnie chodzi Pani na obcasach, ale niestety poprzez  niefizjologiczne ustawianie stóp za bardzo kołysze Pani miednicą, a że wraz z powiększaniem się brzucha zmienia się Pani punkt ciężkości  to w konsekwencji może spowodować tylko problemy”.

O kurcze. Serio? Myślałam, że zakaz spowodowany jest ewentualnym upadkiem, a ja przecież mam sporą praktykę. Wyszłam na idiotkę, a chciałam tylko się ciut wysmuklić co w mym stanie było zrozumiałe i wręcz oczywiste. Kobieta zawsze chce wyglądać i czuć się dobrze. A co z celebrytkami, które nawet w dziewiątym miesiącu biegają w Louboutinie? No właśnie w Louboutinie.

Pożegnałam więc moje cudne sandałki, ale obiecałam sobie, że jak tylko wydam na świat swoje potomstwo niezwłocznie znów się do nich przymierzę.

I tak też zrobiłam. Gdy któregoś pięknego wieczora mąż dał mi wychodne na dwie godziny, wróciłam prawie na kolanach. Ale za to jaka szczęśliwa :)

Do pionu Kochana do pionu!

„Tak, proszę Pani ale ciutkę mi słabo. Możemy spróbować za jakieś 20 minut?”

Łooo Boże, tego jeszcze nie grali. Toż to jakiś horror! Jak już zwlekłam ( i to serio zwlekłam bo trwało to jakieś 15 minut) swe nogi z łóżka, pora na „Pionizowanie”. Nie spodziewałam się, że wstanie z łóżka może mi kiedyś sprawić tyle bólu. Mimo grymasu na twarzy, gorąca które pokryło całe moje ciało, twardo się wznoszę bo mówią, że jak już raz się wstanie to później jest tylko lepiej. I znów fiasko…cholera, czy to musi tak boleć???

I podejście numer trzy. Trzeba w końcu podnieść ten kuper, bo ile można leżeć. A i dziewczęta moje chciałabym dobrze obejrzeć, bo na razie widziałam je tylko w trakcie posiłku, który nie trwał zazwyczaj dłużej niż pięć minut.

„proszę się nie garbić, musi się Pani wyprostować”  No hellołłłł wiem, że muszę się wyprostować, ale w owej sytuacji stanowi to nie lada wyzwanie. Czy nikt nie zauważył, że dwanaście godzin temu leżałam na stole operacyjnym?

No i poszło. Zrobiłam rundkę po korytarzu, z zaciśniętymi zębami powoli kroczę ujrzeć me Młode. Są, obie.

I znów zaczynam się zastanawiać jak to się stało, że są tu dwie. Dwie na raz.

Kto jak nie ja

” Teraz Pani leży, nie podnosi głowy, a po 12 godzinach będziemy wstawać”. Tak, wiedziałam o tym, że w taki sposób wygląda doba po operacji, ale nie sądziłam do tamtego dnia, że będzie to aż tak trudne do przestrzegania. Kilka razy odruchowo wzniosłam łeb, po czym sama siebie w myślach skarciłam za ten wybryk, gdyż jakoś do mnie nie dotarło cóż może się stać, jeśli głowa ma będzie wyżej niż reszta ciała. Wolałam na wszelki wypadek nie doświadczyć tego „czegoś” na własnej skórze.

Spadek adrenaliny spowodowały, iż me siły witalne znikły całkowicie. W sumie postanowiłam skorzystać z chwili wytchnienia, których już nie długo będzie bardzo mało. Odpocznę. Może nawet zasnę. W duchu cieszyłam się, że na sali tej zakaz jest odwiedzin (oprócz mężów oczywiście), próbowałam uciszyć szalejące myśli. Mą uwagę jednak rozproszyła położna, która przynosząc mi jedno z moich zawiniątek starała się przystawić je do piersi. Pozycja do karmienia nie była rewelacyjna. Leżąc plackiem, choć usiłowałam jakoś jej pomóc me starania były daremne. A i mały ssak niestety za szczególnie nie współpracował. Niby dzioba otwierał, niby coś tak chlipał, ale zaraz puszczał, piszczał i się wiercił lub też zasypiał. Za chwilę przyniosła drugiego szkraba podobne zawiniętego ciasno pieluchami, który ochoczo starał się złapać brodawkę robiąc przy tym dużo hałasu.

„Masz za mało pokarmu” „Twój pokarm jest za chudy” ” Popatrz ona się nie najada” ” „Wiesz, ja nie karmiłam bo zaraz po porodzie nie miałam nic w piersiach, zaledwie kilka kropel i dziecko było ciągle głodne”

Te hasła brzmiały w mojej głowie. Tak przy mej pierworodnej wyglądały początki karmienia. Przy cesarce ważne jest aby przystawić dziecko do piersi w ciągu dwóch pierwszych godzin. Teraz jestem mądrzejsza i doskonale wiem o tym, że pokarmu jest tyle ile potrzeba, że w pierwszej dobie dziecko potrzebuje około łyżeczki mleka, więc nie leje się ono strumieniami, że pokarm dostosowuje się do potrzeb dziecka i z dnia na dzień jego skład się zmienia. Doskonale wiem, że mam tyle pokarmu ile trzeba i wiem również, że największą rolę w produkcji pokarmu ma nasza głowa. Kto? Ja nie wykarmię dwójki? Pewnie, że wykarmię. Nie wątpię w to! A jak mi się nie uda to i tak jestem ZAJEBISTA!

Powitanie

Trochę ludzi się wokoło mnie zebrało (no tak podwójne dzieci to i podwójny personel) po znieczuleniu nie czuję połowy ciała. Śmieszne uczucie. Podgłaśniają radio, leci muzyka. Zaczynają podśpiewywać. I czuję pierwszy dotyk na mojej skórze. Boże….zaczęli. Na zegarku kilka minut po 6:00. Widzę bo mam go na przeciwko twarzy. I już nie myślę nic. Pustka. Po prostu jestem i czekam. Oni rozmawiają. Nawet nie wiem o czym. Jakoś sens ich słów do mnie nie dociera. Czuję tylko bicie swojego serca.

Naglę czuję dziwny opór w mym brzuchu, a za nim krzyk. JEST!  JEST MOJA CÓRKA! PIERWSZA Z DWÓCH. 7:01. Przykładają mi ją do policzka. Witam Moja Piękna! Łza spływa po moim policzku. Cudowna.

Ponownie ucisk i znów krzyk. JEST! MOJE DRUGIE SZCZĘŚCIE! 7:02 a przy spotkaniu z drugą Pannicą łzy lecą już ciurkiem. Niesamowite.

Są, dostają 10 pkt..

2610 i 2625g  48 i 49 cm. Prawie identyczne. Moje.

Piąty centymetr

„Faktycznie, odeszły Pani wody, zapraszam na porodówkę”…no tak przecież kobieta jest niedorozwinięta i nie wie,że ciecz która z niej wypływa to wody płodowe. Eh, lekarze…nie…mężczyźni lekarze.

Zapakowali mnie na wózeczek, mimo mojego sprzeciwu, że nie mam skurczy i czuję się na tyle dobrze, że mogę sama pójść. Pacjentka nie wie co mówi, a i prawa do głosu też nie ma. Po labiryncie korytarzy dojeżdżamy na miejsce. PORODÓWKA.

Już w progu wita mnie młoda położna, bardzo miła, wzbudza moje zaufanie. Pomaga mi się dostać na łóżko. Mija jakieś 5 minut przychodzi doktorek. Bada i stwierdza następująco: ” Ponieważ ma Pani już 5 cm rozwarcia nie uda nam się zatrzymać akcji porodowej ( o cholera już 5 cm??? a ja nic nie czuję-WOW !!!). Sprawdźmy jak są dzieci ułożone.”  Przykłada głowice ultrasonografu do mego brzuszyska. „Z dziećmi wszystko w porządku, ale jedno z nich jest ułożone poprzecznie i w takim przypadku zalecamy rozwiązanie ciąży poprzez cesarskie cięcie. Czy zgadza się Pani na to?”

Zgadza czy nie zgadza…a ma jakieś wyjście?  Byle by dzieci były zdrowe. Róbcie co chcecie! I w jednej chwili rozwiały się marzenia o porodzie siłami natury. Chciałam rodzić siłami natury. Dlaczego? Dlatego, że przy mej pierworodnej poród był na tyle wyczerpujący, że mózg odmówił posłuszeństwa i prawie wymazał z pamięci te chwile. Nie pamiętam jak położna pokazała mi córkę a zawsze marzyłam o tym aby po wszystkim jeszcze na sali porodowej przytulić dzieci do piersi. To miała być taka wyjątkowa chwila, której przeżycie już niestety nie będzie mi dane. Taki lajf…

No dobrze. Trzeba się z faktem niezależnym od nas pogodzić. Przemiła położna informuje mnie, że zrobi mi depilację na NFZ, co rozbawia mnie prawie do łez.

Zaczynam odczuwać skurcze, rosną z minuty na minutę. Dość intensywnie. Przypomina mi się pierwszy poród. Wracają krótkie ale bolesne wspomnienia. Ale wtedy był ze mną On. Teraz jestem tu sama. Nie chcę być sama. Skurcze są coraz dłuższe. Dzwonię. „Kochanie, zaczęło się już tak na poważnie, ale biorą mnie na cc.”  Między słowami milknę by łapać oddech. Boli, cholernie boli. A już zapomniałam jak to było. A jeszcze tyle byłoby przede mną. I myślę w duchu…Ufff, jak dobrze, że zaraz to się skończy. Dobrze, że nie muszę tego przezywać po raz drugi. W obliczu bólu porodowego kobieta w większym lub mniejszym stopniu staje się bezradna. Marzenia o naturalnym porodzie spadają na drugi plan wraz z jego postępem .

Piąty centymetr, niby dużo, ale tylko kobieta, która rodziła wie co oznacza każda kolejna minuta. I jak dużo wytchnienia dają sekundy przerwy między skurczami i czyjaś dłoń zaciśnięta na twojej dłoni.

Dostaję coś w żyłę i na salę operacyjną.

Ty doceń to co masz, tak doceń to co masz

Kotek daj głośniej!

” Doceń to co masz,
ciesz się każdą chwilą,
swego szczęścia nie omijaj,
tak jest łap każdą chwilę,
ciesz się swoim życiem (…). ”

Uśmiechnięci, wsłuchujemy się w utwór który towarzyszył nam przez ostatnie kilka miesięcy.  110, 120, 130,140 wskazówka na liczniku wskazuje coraz to wyższe liczby. Autostrada, kierunek szpital. A w mojej głowie natłok myśli. Strach miesza się z radością. Obawa przed zagrożeniem dla dzieci jakie niesie ze sobą przedwczesny poród, oby nic im nie było, oby były zdrowe. Czy jestem na tyle silna by wydać na świat dwoje dzieci na raz? Czy dam sobie radę z opieką nad nimi? W końcu strach przed bólem, ewentualną operacją. A z drugiej strony podekscytowanie, radość, że przecież zaraz je zobaczę. Moje kochane małe Aniołki. Jakie będą? Podobne do mnie, do taty? Czy będą miały niebieskie oczęta? Czy będą duże, zdrowe?

Niesamowity mix w mojej głowie.

A mąż? W ciszy prowadzi auto, tylko od czasu do czasu spoglądając na mnie uśmiecha się. Co myśli? Czy czuje strach? Bo przecież to również jego dzieci, mężczyźni czują tak samo. Podejrzewam, że jego myśli krążyły w podobnej galaktyce co moje. Ale od nich wymaga się innej postawy. Silnej. Z jednej strony to dobrze, że tacy są. Gdyby nie On nie raz załamałabym się, jest moim wsparciem.

Jest i szpital. Ogromny kompleks wita nas izbą przyjęć.

Godzina zero

Godzina 2:00.

Budzę się, jakoś dziś śpię niespokojnie.

Czuję, że łóżko robi się mokre. No nie! Nie teraz! Za wcześnie! Który dziś jest? Myślę…5 sierpnia. Wtorek. Za dwa dni kończę 35 tydzień. Cholera, za wcześnie! Nie tak miało być.

Przecież jestem jeszcze nie spakowana! W myślach sama siebie uspokajam. Dobra. Powoli.

Misiek! Misiek! Misiu! Idź po ręcznik. Kochanie idź po ręcznik! Wody mi odeszły!!! Leżę w bezruchu, bo każdy ruch proces uwalniania płynu przyspiesza.

Wstaje, wręcz zwleka się z łóżka. A mnie szlag trafia. Szybko!!!

Poszedł.

Nie ma go i nie ma. Misiek! Ręcznik! Łóżko już całe mokre. A ręcznika jak nie było tak nie ma.

Mijają jakieś 3-4 minuty. Przychodzi, stoi w drzwiach (bez ręcznika) i patrzy na mnie. Widzę, że nie jarzy o co chodzi. Po chwili  pyta : ” Kochanie po co ci ten ręcznik?”

I pękam, zaczynam się chichrać, bo „Misio” wybudzony ze snu w środku nocy nic nie kuma. I jest taki zabawny. Mój mężczyzna, ojciec moich dzieci, spogląda na mnie spod tych swoich długich rzęs (ach jak ja mu ich zazdroszczę) niczym zagubione dziecko. I powtarzam drwiąco, głośno i wyraźnie KOCHANIE ODESZŁY MI WODY I ZALEWAJĄ ŁÓŻKO PODASZ MI RĘCZNIK?

ALLLEEEEEEEELLLLLLUUUUUJJJJJJAAAAAAAAA ! Pobiegł.

Sytuacja została opanowana.

Dzwonimy po szwagierkę. Przybiega, niemal błyskawicznie. Niesamowita kobieta. Ufff…chociaż na nią zawsze mogę liczyć.Zaczyna mnie pakować.

Szybka kąpiel, spakowanie dokumentów do torebki. Całus dla Miśki i lecimy.

Lecimy na spotkanie z naszymi Dziewczynkami. Niedługo się zobaczymy!!!

Na co czekasz???

Chciałby się rzec „Na co do cholery czekasz?”  Koniec lipca, pogoda rozpieszcza. Afryka. Czuję jak z dnia na dzień puchnę, jak każda kropla wody odkłada się w moich zmęczonych stopach, już nie mogę.

Ledwo dowlekłam się do lekarza bo w obecnym stanie, każdy ruch to wyczyn. 34 tydzień, oby jeszcze wytrzymać 4 tygodnie. Tylko jak? Brzuch ma ponad 120 cm w odwodzie. Ja również się znacznie powiększyłam. Obecnie na liczniku 17 kg na plusie. Czuję się i wyglądam ja waleń.

Szczególnie do twarzy mi w tych okropnych klapkach, które desperacko zakupiłam tydzień temu tylko dlatego, że miały rzepy dopasowujące się do mych „stóp” . A wszystko przez wiszące nade mną widmo pójścia do porodu w kapciach,bo raczej na przeniesienie mnie z auta na szpitalny oddział przez męża z obecnym wagowym przyrostem mowy raczej nie ma.

Nie pakuję się, bo nie chce wykrakać. Poczekam jeszcze ze 2 tygodnie. Plan postępowania w trakcie wybicia godziny zero USTALONY.

Wracając do meritum. Na co czekasz mężu? Remont musi złapać za  wałek i się pomalować sam.

List do A.

Kochana moja.
Dziękuję za życzenia urodzinowe!!!
Ostatnio jestem totalnie zabiegana. Tak wiele spraw do załatwienia, a sił coraz mniej, przez co wszelkie czynności robię na raty. Mogę powiedzieć, że prawie jestem przygotowana na przyjęcie naszych dziewuszek, jeszcze kilka spraw do załatwienia, ale to już drobiazgi.Natomiast remontu jak nie było, tak nie ma. Ale oczywiście czas jeszcze jest :)  i doszłam do wniosku, że mój mąż ma coś z poety. Faktycznie, czas będzie zawsze- nieprawdaż?
Wczoraj byłam na usg. Zaczęłam 31 tydzień. Dziewczynki rozwijają się dobrze, ważą 1800 i 2000 g i są ułożone główkowo.
Po rozmowie z lekarzem okazało się, że nie ma przeciwwskazań do porodu naturalnego. O dziwo mojego męża to nie uszczęśliwiło bo wolałby aby poród odbył się przez cc gdyż jest bardziej przewidywalny niż sn. Oczywiście mnie bardzo to cieszy, gdyż wolałabym urodzić siłami natury. Uświadomił mi również, że brak przeciwwskazań nie jest jednoznaczny z tym iż faktycznie urodzę naturalnie. Muszę się liczyć z sytuacją, w której poród może zakończyć się cięciem. Ale  nadzieja jest..
Jak będzie, czas pokaże. Przez to, że nastawiłam się na cesarskie cięcie nie za bardzo przygotowywałam się do naturalnego porodu.
A co u Ciebie Kochana?
Całuję mocno :*:*

 

Dni bez…

Są takie chwile, w których zastanawiam się co bym robiła gdyby nie dzieci. Odpowiedz jest zapewne oczywista, pracowałabym, spędzała czas ze znajomymi. Może miałabym męża, a może jeszcze nie. Nie wiem. Ale na pewno wiem, że już teraz nie wyobrażam sobie życia bez mojej najstarszej córki.

Są czasem chwile w których mam dość. Dość wszystkiego i wszystkich, nawet jej. Zastanawiam się…nie…nie zastanawiam się, a wiem co bym robiła, gdzie bym pojechała i w jakim momencie życia bym była. I wtedy wiem, że żyłabym inaczej.

Ale również wiem, że gdybym stanęła przed wyborem jednej z powyższych opcji to wybrałabym życie z nią. Czasem ciężkie, irytujące. Takie nasze.

Takie gdy po 5-ciu cennych minutach wchodzę do łazienki wierząc, że myje zęby (bo autobus na nas nie poczeka)  a ona poleruje pupę po porannym siku. Albo gdy poodkurzany dopiero co pokój w mgnieniu oka staje się miejscem „wypasu” kur. Też wtedy gdy nie chce się kąpać, nie chce umyć głowy, lub gdy chce w niedziele i święta odwiedzić wszystkie swoje koleżanki. Również wtedy gdy mówi mi, że mnie nie lubi. Albo gdy szantarzuje mnie swoją miłością ” Chyba mnie nie kochasz, jak nie chcesz mi kupić kolejnego piętnastego kucyka pony”. Albo gdy po raz kolejny zamiast Faktów muszę oglądać Pingwiny z Madagaskaru. Kiedy kłuci się ze mną i to mi brakuje argumentów. Gdy piszczy, biega, robi kolejne dziury w nowych spodniach lub gdy chodzi na boso w białych skarpetkach.

Ale właśnie za to ją kocham, za to, że jest sobą. Z wadami i zaletami. Taką moją. Jedyną, pierworodną.

Cisza, cisza, cisza……………………………

Właśnie pojechała do babci na kilka dni. A ja ma czas na wymianę garderoby, bo z bluzkami do pępka w mym wieku i stanie chodzić nie wypada.

List do A.

Kochana Moja.

Przepraszam, że dawno nie pisałam, ale czas ucieka mi tak szybko. Słońce świeci i nie chce się siedzieć w domu przed komputerem. Pytałaś co u mnie.

To już 29 tydzień ciąży, a ja czuję się fantastycznie. Nie sądziłam, że z takim obciążeniem można dobrze funkcjonować. Na liczniku w sumie 8 kg. Brzuch już jest spory mierzy 117 cm a do końca jeszcze daleko. Czasem zastanawiam się czy nie pęknę. Dziewczynki 02.06 ważyły sporo: 1200 g i 1100 g. Położna twierdzi,że do porodu każda z nich powinna ważyć ok 2800 g.

Na wizycie lekarz zaczyna straszyć przedwczesnym porodem, przypomina, że trzeba mieć to na uwadze. Zazwyczaj ciąże mnogie kończą się koło 35 tygodnia. Chciałabym wytrzymać dłużej. Ale zobaczymy jak będzie. Najbardziej z całego towarzystwa wyluzowany jest jak zawsze Pan A. potocznie zwany mężem. On wciąż ma czas. Fakt mąż mój budowlaniec, żaden remont mu nie straszny, ale i on nie jest cudotwórcą i kilku tygodni mu trzeba. Z każdym mijającym tygodniem przypominam mu, jak nasz czas się kurczy. Przypominam, iż do domniemanego dnia porodu zostało tylko 6 tygodni a w najlepszym przypadku 9. ” Nie martw się, zdążę”

Ehe jasne.

Na razie nie zrezygnowałam z wcześniejszej aktywności. Chodzę na basen z córką, na spacery, sprzątam, kompletuję wyprawkę dla bobasów bo syndrom wicia gniazda w obecnej chwili nie jest mi obcy. I oczywiście jak na rasową panikarę boję się że nie zdążę ze wszystkim.

Nie ukrywam, że jest mi już ciężko. Serce bije dla trzech ciał, zadyszka to moje drugie imię . Czasem czuję się jak lokomotywa, albo jak kto woli parowóz. A jeśli chodzi o moje dolegliwości to czasem mam wrażenie, że zaraz umrę. Biodra bolą niemiłosiernie. Obciążenie jakie funduje im brzuch plus hormonalnie poluźnione stawy powodują iż z bólu nie mogę spać. Nigdy nie spodziewałam się, że obrót z boku na bok może być tak trudny i bolesny. Gdy już uda mi się obrócić na plecy czuję jak moje wnętrzności są gniecione, przez ogromny ciężar. Mimo wszystko kopniaki w żebra, w wątrobę czy pęcherz są urocze i uświadamiają mi, że miejsce w mojej macicy się powoli kończy.

Dobra, ponarzekałam sobie. Ciąża to nie same przyjemności. A już podwójna ….

Trzymaj za nas kciuki. Całuję mocno jeszcze w trzypaku :*

Twoja P.

Maj niosący nadzieję…

Maj. Cudowny miesiąc. Niosący nadzieję. Nadzieję na nowy piękniejszy dzień. 31 maja 2008 roku powiedzieliśmy sobie sakramentalne „Tak” i wtedy miesiąc ten stał się dla mnie wyjątkowy. Dziś mam nadzieję, że będzie dobrze. Nadzieja i strach idą dziś ramie w ramie, jak para zakochanych w ten słoneczny dzień. Kroczą u mego boku, a sekunda ciągnie się w nieskończoność.

Siedzimy w poczekalni. Moje Kochanie trzyma mnie za rękę i wyczuwając przyspieszony puls, widząc me purpurowe policzki powtarza jak mantrę, że będzie dobrze.

Eh…no niby to wiem. Ale co z tego. Dziś USG połówkowe. Strach działa na mnie paraliżująco. Doktor woła do gabinetu.

Na liczniku 6 kg do przodu, doktor twierdzi, że to nie wiele jak na bliźniaki.

Powoli przykłada głowicę do mojego brzucha-zamieram. Kręci, przyciska i marszy brwi. Co jest? Każdy jego grymas przeżywam jak wyrok .

„Wszystko dobrze, dzieci rozwijaną się prawidłowo.Jedno waży 560g  drugie 600g, czy chcecie Państwo poznać płeć dzieci? ”

„Będą CÓRKI!”

Cudownie! Wow! Moje Dziewuszki! I znów maj mnie nie zawiódł.

 

Czytaj więcej