Wstań!

Wstań! Jesteś silna! Tak Ty!

Słowa niczym chmury zapowiadające deszcz kłębią się w mej głowie, mej duszy.

Jestem, tu i teraz. I wierzę w swoją moc, swą siłę. Powtarzam jak mantrę : ” dasz radę, jeśli tylko zechcesz”!

Są takie momenty w naszym życiu, które dobry los zsyła nam abyśmy doceniły swoją siłę. Siłę i potencjał, które w każdej z nas tkwią. Głęboko. Czasem brak nam zapału aby je wydobyć, brak celu by je dojrzeć. Ale są wciąż w nas i czekają.

Budząc się powtarzaj w kółko, że masz w sobie więcej sił niż ktokolwiek jest w stanie dostrzec. Bo wiesz, że masz prawda? Wiem, że jesteś silna, a siłę daje Ci ktoś inny. Ktoś dla kogo zawsze warto podejmować walkę. Walkę o siebie i swoje szczęście. Wstań i podnieś głowę!

Dlaczego płaczesz? Otrzyj łzy! Podnieś głowę, wysoko i spójrz w słońce! Nie poparzy Cię! Nie porazi swym  blaskiem. Zobaczysz świat w innych kolorach. Na nowo.

Nie potrzeba Ci nikogo by uwierzyć, że możesz. Po prostu znajdź to co w Tobie jeszcze się tli i nie daj zgasić tego płomienia. Nawet za cenę miłości. Płomień to Ty, bez niego będziesz nikim.

Matko! Ty pełna miłości, pełna ciepła i wrażliwości. Otrzep się z pyłu  i podnieś po upadku! Wiesz, że możesz!Wierzę w Ciebie!

Wiem, że jest ciężko. Wiem. Wejdź na swój szczyt, abyś mogła później z niego zbiec. Zbiec z satysfakcją, że wdrapałaś się sama. Sama na swoich nogach, nie na czyimś grzbiecie. Niezależna!

Są takie osoby, które mimo iż poznane niedawno odciskają ślad w Twoim życiu. Dopingują Cię w działaniu i są dla Ciebie inspiracją. Tak, to o Tobie. Ty wiesz.

Mam dość!

Tak, ja również jestem człowiekiem. Człowiekiem z wadami. Człowiekiem z limitem cierpliwości. Człowiekiem z limitem wytrzymałości. Człowiekiem który czasem chciałby też coś tylko dla siebie. Nie wciąż tego samego. Czegoś innego.

Mam dość odgrzewanej kawy, domisiów  i ich zasranego domisiowa.

Mam dość kolorowych zabawek w moim pokoju, kleju na podłodze i ciastoliny wgniecionej w dywan.

Mam dość smarków, kremu do tyłków pod paznokciami i zarzyganych nowych jeansów.

Mam dość ciągłego Mamo, mama, mamusiu!

Mam dość wychodzenia z domu na dwie i pół godziny.

Mam dość rozmazanego lakieru na mych paznokciach, bujaczków, kombinezonów i ich zacinających się zamków.

Mam dość dzieci! O tak! Mam ich czasem dość. Ale czy mi do cholery nie wolno???

 

 

 

S jak Szpilki

Tak właśnie. Przez większość ciąży tak bardzo marzyło mi się założenie moich pięknych szpileczek, które to uśmiechały się do mnie każdego razu gdy spoglądałam do szafy.

Kobieta ciężarna jest jakby pozbawiona możliwości założenie tegoż to atrybutu kobiecości. Przykre to pomyślałam i któregoś dnia postanowiłam jednak wdziać je na swe stopy udając się na kolejną kontrolną wizytę.

Jakież było moje zdziwienie gdy Pan doktor widząc i oczywiście słysząc mnie już w progu  drzwi kazał mi się przespacerować po gabinecie i bacznie na mnie spoglądał. W końcu przerwał milczenie. „Bardzo ładnie chodzi Pani na obcasach, ale niestety poprzez  niefizjologiczne ustawianie stóp za bardzo kołysze Pani miednicą, a że wraz z powiększaniem się brzucha zmienia się Pani punkt ciężkości  to w konsekwencji może spowodować tylko problemy”.

O kurcze. Serio? Myślałam, że zakaz spowodowany jest ewentualnym upadkiem, a ja przecież mam sporą praktykę. Wyszłam na idiotkę, a chciałam tylko się ciut wysmuklić co w mym stanie było zrozumiałe i wręcz oczywiste. Kobieta zawsze chce wyglądać i czuć się dobrze. A co z celebrytkami, które nawet w dziewiątym miesiącu biegają w Louboutinie? No właśnie w Louboutinie.

Pożegnałam więc moje cudne sandałki, ale obiecałam sobie, że jak tylko wydam na świat swoje potomstwo niezwłocznie znów się do nich przymierzę.

I tak też zrobiłam. Gdy któregoś pięknego wieczora mąż dał mi wychodne na dwie godziny, wróciłam prawie na kolanach. Ale za to jaka szczęśliwa :)

Do pionu Kochana do pionu!

„Tak, proszę Pani ale ciutkę mi słabo. Możemy spróbować za jakieś 20 minut?”

Łooo Boże, tego jeszcze nie grali. Toż to jakiś horror! Jak już zwlekłam ( i to serio zwlekłam bo trwało to jakieś 15 minut) swe nogi z łóżka, pora na „Pionizowanie”. Nie spodziewałam się, że wstanie z łóżka może mi kiedyś sprawić tyle bólu. Mimo grymasu na twarzy, gorąca które pokryło całe moje ciało, twardo się wznoszę bo mówią, że jak już raz się wstanie to później jest tylko lepiej. I znów fiasko…cholera, czy to musi tak boleć???

I podejście numer trzy. Trzeba w końcu podnieść ten kuper, bo ile można leżeć. A i dziewczęta moje chciałabym dobrze obejrzeć, bo na razie widziałam je tylko w trakcie posiłku, który nie trwał zazwyczaj dłużej niż pięć minut.

„proszę się nie garbić, musi się Pani wyprostować”  No hellołłłł wiem, że muszę się wyprostować, ale w owej sytuacji stanowi to nie lada wyzwanie. Czy nikt nie zauważył, że dwanaście godzin temu leżałam na stole operacyjnym?

No i poszło. Zrobiłam rundkę po korytarzu, z zaciśniętymi zębami powoli kroczę ujrzeć me Młode. Są, obie.

I znów zaczynam się zastanawiać jak to się stało, że są tu dwie. Dwie na raz.

Kto jak nie ja

” Teraz Pani leży, nie podnosi głowy, a po 12 godzinach będziemy wstawać”. Tak, wiedziałam o tym, że w taki sposób wygląda doba po operacji, ale nie sądziłam do tamtego dnia, że będzie to aż tak trudne do przestrzegania. Kilka razy odruchowo wzniosłam łeb, po czym sama siebie w myślach skarciłam za ten wybryk, gdyż jakoś do mnie nie dotarło cóż może się stać, jeśli głowa ma będzie wyżej niż reszta ciała. Wolałam na wszelki wypadek nie doświadczyć tego „czegoś” na własnej skórze.

Spadek adrenaliny spowodowały, iż me siły witalne znikły całkowicie. W sumie postanowiłam skorzystać z chwili wytchnienia, których już nie długo będzie bardzo mało. Odpocznę. Może nawet zasnę. W duchu cieszyłam się, że na sali tej zakaz jest odwiedzin (oprócz mężów oczywiście), próbowałam uciszyć szalejące myśli. Mą uwagę jednak rozproszyła położna, która przynosząc mi jedno z moich zawiniątek starała się przystawić je do piersi. Pozycja do karmienia nie była rewelacyjna. Leżąc plackiem, choć usiłowałam jakoś jej pomóc me starania były daremne. A i mały ssak niestety za szczególnie nie współpracował. Niby dzioba otwierał, niby coś tak chlipał, ale zaraz puszczał, piszczał i się wiercił lub też zasypiał. Za chwilę przyniosła drugiego szkraba podobne zawiniętego ciasno pieluchami, który ochoczo starał się złapać brodawkę robiąc przy tym dużo hałasu.

„Masz za mało pokarmu” „Twój pokarm jest za chudy” ” Popatrz ona się nie najada” ” „Wiesz, ja nie karmiłam bo zaraz po porodzie nie miałam nic w piersiach, zaledwie kilka kropel i dziecko było ciągle głodne”

Te hasła brzmiały w mojej głowie. Tak przy mej pierworodnej wyglądały początki karmienia. Przy cesarce ważne jest aby przystawić dziecko do piersi w ciągu dwóch pierwszych godzin. Teraz jestem mądrzejsza i doskonale wiem o tym, że pokarmu jest tyle ile potrzeba, że w pierwszej dobie dziecko potrzebuje około łyżeczki mleka, więc nie leje się ono strumieniami, że pokarm dostosowuje się do potrzeb dziecka i z dnia na dzień jego skład się zmienia. Doskonale wiem, że mam tyle pokarmu ile trzeba i wiem również, że największą rolę w produkcji pokarmu ma nasza głowa. Kto? Ja nie wykarmię dwójki? Pewnie, że wykarmię. Nie wątpię w to! A jak mi się nie uda to i tak jestem ZAJEBISTA!

Powitanie

Trochę ludzi się wokoło mnie zebrało (no tak podwójne dzieci to i podwójny personel) po znieczuleniu nie czuję połowy ciała. Śmieszne uczucie. Podgłaśniają radio, leci muzyka. Zaczynają podśpiewywać. I czuję pierwszy dotyk na mojej skórze. Boże….zaczęli. Na zegarku kilka minut po 6:00. Widzę bo mam go na przeciwko twarzy. I już nie myślę nic. Pustka. Po prostu jestem i czekam. Oni rozmawiają. Nawet nie wiem o czym. Jakoś sens ich słów do mnie nie dociera. Czuję tylko bicie swojego serca.

Naglę czuję dziwny opór w mym brzuchu, a za nim krzyk. JEST!  JEST MOJA CÓRKA! PIERWSZA Z DWÓCH. 7:01. Przykładają mi ją do policzka. Witam Moja Piękna! Łza spływa po moim policzku. Cudowna.

Ponownie ucisk i znów krzyk. JEST! MOJE DRUGIE SZCZĘŚCIE! 7:02 a przy spotkaniu z drugą Pannicą łzy lecą już ciurkiem. Niesamowite.

Są, dostają 10 pkt..

2610 i 2625g  48 i 49 cm. Prawie identyczne. Moje.

Piąty centymetr

„Faktycznie, odeszły Pani wody, zapraszam na porodówkę”…no tak przecież kobieta jest niedorozwinięta i nie wie,że ciecz która z niej wypływa to wody płodowe. Eh, lekarze…nie…mężczyźni lekarze.

Zapakowali mnie na wózeczek, mimo mojego sprzeciwu, że nie mam skurczy i czuję się na tyle dobrze, że mogę sama pójść. Pacjentka nie wie co mówi, a i prawa do głosu też nie ma. Po labiryncie korytarzy dojeżdżamy na miejsce. PORODÓWKA.

Już w progu wita mnie młoda położna, bardzo miła, wzbudza moje zaufanie. Pomaga mi się dostać na łóżko. Mija jakieś 5 minut przychodzi doktorek. Bada i stwierdza następująco: ” Ponieważ ma Pani już 5 cm rozwarcia nie uda nam się zatrzymać akcji porodowej ( o cholera już 5 cm??? a ja nic nie czuję-WOW !!!). Sprawdźmy jak są dzieci ułożone.”  Przykłada głowice ultrasonografu do mego brzuszyska. „Z dziećmi wszystko w porządku, ale jedno z nich jest ułożone poprzecznie i w takim przypadku zalecamy rozwiązanie ciąży poprzez cesarskie cięcie. Czy zgadza się Pani na to?”

Zgadza czy nie zgadza…a ma jakieś wyjście?  Byle by dzieci były zdrowe. Róbcie co chcecie! I w jednej chwili rozwiały się marzenia o porodzie siłami natury. Chciałam rodzić siłami natury. Dlaczego? Dlatego, że przy mej pierworodnej poród był na tyle wyczerpujący, że mózg odmówił posłuszeństwa i prawie wymazał z pamięci te chwile. Nie pamiętam jak położna pokazała mi córkę a zawsze marzyłam o tym aby po wszystkim jeszcze na sali porodowej przytulić dzieci do piersi. To miała być taka wyjątkowa chwila, której przeżycie już niestety nie będzie mi dane. Taki lajf…

No dobrze. Trzeba się z faktem niezależnym od nas pogodzić. Przemiła położna informuje mnie, że zrobi mi depilację na NFZ, co rozbawia mnie prawie do łez.

Zaczynam odczuwać skurcze, rosną z minuty na minutę. Dość intensywnie. Przypomina mi się pierwszy poród. Wracają krótkie ale bolesne wspomnienia. Ale wtedy był ze mną On. Teraz jestem tu sama. Nie chcę być sama. Skurcze są coraz dłuższe. Dzwonię. „Kochanie, zaczęło się już tak na poważnie, ale biorą mnie na cc.”  Między słowami milknę by łapać oddech. Boli, cholernie boli. A już zapomniałam jak to było. A jeszcze tyle byłoby przede mną. I myślę w duchu…Ufff, jak dobrze, że zaraz to się skończy. Dobrze, że nie muszę tego przezywać po raz drugi. W obliczu bólu porodowego kobieta w większym lub mniejszym stopniu staje się bezradna. Marzenia o naturalnym porodzie spadają na drugi plan wraz z jego postępem .

Piąty centymetr, niby dużo, ale tylko kobieta, która rodziła wie co oznacza każda kolejna minuta. I jak dużo wytchnienia dają sekundy przerwy między skurczami i czyjaś dłoń zaciśnięta na twojej dłoni.

Dostaję coś w żyłę i na salę operacyjną.

Dzień dobry panie doktorze

„Dzień dobry, co Panią do mnie sprowadza?”

Spojrzał podejrzliwie z nad okularów, witając mnie zza swojego biurka. Wysoki, szczupły, dobrze po pięćdziesiątce, włosy zawsze zaczesane do tyłu, brunet. Heh…taki sympatyczny człowiek z tego doktorka. Tak dobrze mu z oczu patrzy. Aż chce się do niego chodzić (dziwne, bo nie myślałam, że kiedykolwiek tak powiem o ginekologu).

Już postanowione, że to właśnie dr Marcin będzie prowadził moją ciążę. Nie wiem z czego wynika ten fakt, ale mam do niego duże zaufanie, mimo, że byłam u niego zaledwie kilka razy wcześniej. Niektórzy ludzie chyba już tak mają, że przyciągają do siebie.

Panie Doktorze jestem w ciąży!

W jednej chwili oczy pana doktora rozbłysły, na twarzy zarysował się szczery uśmiech. Z czego się tak cieszy?

„Jest Pani  20-stą młodą kobietą w tym tygodniu która przychodzi do mnie z taką wiadomością. A mówią, że przyrost naturalny w Polsce jest wciąż niski. Chyba Panie wzięły sobie do serca tę informacje.”

I od razu człowiekowi lżej na sercu, gdy lekarz robi wrażenie zainteresowania każdą pacjentką. Sam mi kiedyś powiedział, że jest podobny do psa pasterskiego, że zżywa się ze swoimi pacjentkami, że pilnuje ich spraw. Zdaje sobie sprawę również z tego, że to czasem nie wygodne, bo dzwonią do niego jak jest na wakacjach, na nartach i na zwolnieniu chorobowym. Ale nie umie odmówić w potrzebie. Oby wszyscy wkładali tyle serca w swoją pracę. Komu jak komu ale kobiecie w ciąży sama myśl, że w razie „w” może zadzwonić do swojego lekarza jest BEZCENNA!

W każdym razie wziął się do badania i Usg.

„Widzi Pani, jest jeden pęcherzyk….O! A tu jest drugi. Proszę zobaczyć jak łatwo Usg może wprowadzić nas w błąd, bo tak na prawdę jest jeden.”

Jeden, dwa….  Uffff….Panie doktorze niech mnie Pan nie straszy!

 

Wpadniesz w rytm

Po chwili szoku przyszedł czas na codzienne obowiązki. Trzeba znów wejść w rytm naszego codziennego dnia.

Bo przecież ktoś musi obudzić  Miśkę, dochodzi 7:00.

O 7:30 ma autobus do zerówy, więc to już najwyższa pora na pobudkę. Wstaje, leniwie zsuwa się z łóżka, wygina, wzdycha, „Mamusiu, mogę pospać jeszcze godzinkę?”. Po odmowie z zniesmaczoną minką idzie myć ząbki, ubiera się. Dzień jak co dzień. Na chwilę nawet zapominam o porannym niedowierzaniu. Przy niej nie mam czasu na zastanawianie się. Z nią jestem tu i teraz.

Miśka pojechała. Jadę do pracy. Po drodze z głową w chmurach, moje myśli kłębią się wokół jednego tematu, rozkojarzona, pełna nadziei ale zarazem pełna obaw dojeżdżam. Moje oczy nie zarejestrowały ani kawałka przejechanej drogi, uświadamiam sobie to dopiero po wyjściu z auta. Jechałam jak autopilot. Na pamięć, jak automat.

Wdech mroźnego powietrza orzeźwił mój mózg. Zaczął w końcu funkcjonować jak na mózg przystało.

Ok, trzeba zacząć działać…gdzie ja mam numer do Pana Doktora???

 

Słowem wstępu

-Nie wiem czy będę kochać drugie dziecko…brzmiały słowa wypowiedziane przy porannej kawie. Bo kawa chociaż jedna musi być! Mimo stanu błogosławionego (czasem jakoś mi się wydaje że „brzemienny” bardziej do owej sytuacji pasuje ) lekarz na jedną filiżankę pozwala.

Patrząc wstecz, jeszcze do niedawna, ilość kaw dziennie była nielimitowana, a sobotnio – niedzielne poranki cucił ból głowy spowodowany brakiem kofeiny, lub też szalona pięciolatka która weekendowo wstawała zawsze o nieodpowiedniej porze, ściągając mnie z łóżka ilekroć przewracałam się na drugi bok słowami „Mama bajkę chcę!”

No idz se włącz, daj żyć Perełko!

Ktoś kiedyś powiedział, że miłość do dzieci jest iloczynem, że się ją mnoży, że miłość rośnie wraz z ilością dzieci. Byłam ciekawa tych słów, jakoś dziwnie utkwiły w mojej głowie i wydawały się być niesamowicie wysmakowane. W niedługim czasie sama miałam się przekonać czy to rzeczywiście prawda. Choć nie spodziewałam się, że zostanę dość intensywnie potraktowana tą miłością.